Dyniowe
dylematy Pazdziernik daje popalic. Kolejny huragan niesie ze soba
wietrzyska, ktore sprawiaja, ze chcemy zahibernowac sie w domu. Ale dary jesieni
neca nas wiec ruszamy na zaprzyjazniona holenderska farme. Jablka, dynie i
domowe zoo...
A do tego najwspanialsze i zawsze upragnione kuce!
Jest i pole dyniowe! Anita, perfekcjonistka, dlugo szuka tej jedynej
niezwyklej dyni. Bardzo sie przy tym na nas wscieka, pokwikujac i jeczac, ze nic
nie moze znalezc i odrzucajac kazda nasza propozycje. Przebiera w zaroslach, nie
daje za wygrana, az wreszcie zadowolona siada na swojej wyszukanej dyni i snuje
plany drazenia w niej licznych dziur.
Potem jazda na wozie z sianem, jabluszka i wio do domu! Tego nam bylo trzeba
by sie nie dac niedzwiedziom wciagnac w stan hibernacji!
„Trick or treat” czyli „Jesli nie dasz mi lakocia, sciagne ci
portki!” Takie wlasnie teksciki wyglasza Anita przed Halloween. Pare razy
glosniej i Martha juz wtoruje jej konczac halloweenowe rymowanki przyniesione ze
szkoly dzikim kwikiem satysfakcji. Zastanawiam sie czy powinnam zawczasu
strzelic kazanie na temat powtarzania glupot, ale aspirujaca wiedzma ma kupe
frajdy klepiac glupoty wiec poprzestaje na stwierdzeniu, by zastanowila sie dwa
razy zanim sypnie tym tekstem do kogos kogo moze nim urazic. Halloweenowe
imprezy zaczynaja sie juz w niedziele.
Wiedzma wsiada na miotle.
Martha nie moze zdecydowac sie ktory kostium na ktora okazje. Wklada wiec
wieczorowy na dzien... w koncu tylko z takimi skrzydlami da sie wirowac jak elf!
Osiedlowe przyjecie dla dzieci jest przebojowe. Tance, klejenie duchow z
pianki, ciasteczka w ksztalcie dyn, duchow i nietoperzy i wspanialy mus
jablkowy!
Dzieciaki przybywaja tlumnie, po obzarstwie pozuja do grupowego zdjecia
robiac smieszne miny.
Nastepnego dnia wieczorem dziewczynki ruszaja na slodkie lowy! Martha dla
odmiany wklada stroj dzienny na wieczor...
Co male raczki potrafia
„Pani E., pani to wszystko potrafi!” –
chwali mnie przesadnie nasza kochana niania patrzac jak wygniatam ciasto na
urodziny mego brata. Powtarza to samo gdy szyje spodnice krakowska dla Anity na
wystep jej zespolu. Hmmm... nie umiem z pewnoscia jeszcze wielu rzeczy, ale
wciaz moge sie nauczyc! Razem z moimi dziecmi jest zabawniej! Male raczki Marthy
wprawnie rozsmarowuja mase jableczna na wygniecionym przeze mnie ciescie.
Spod malej raczki Marthaska pewnego tez slonecznego poranka wylania sie
pierwszy rysunek, ktory przedstawia na serio to co mial przedstawiac czyli ma
rece i nogi! ;-)
Anitka podpatruje jak uprawiam wlasnego swira robiac wlasna bizuterie i
zabiera sie ze skupieniem za naszyjnik dla swej lalki.
Od przedwczoraj widzac mnie jak szydelkuje dla Marthy nowa czapke, domaga sie
korepetycji. W zyciu nie przypuszczalam, ze bedzie miala tyle zaciecia! Ambitna
bestia zaparla sie, ze bedzie kocyk robic! W tej chwili cwiczy tylko produkcje
lancuszkow. Moja krew! :P
Przypadkowe grzybobranie i czerwone zurawiny Glowa rodziny, ta
druga, zarzadza wyprawe do lasu. O rany, jak mi sie nie chce... Sezonowe alergie
trzymaja i nie chca puscic. Znow bede zaplakano-zasmarkana. Ale w obliczu
naszykowanej walowki, warujacego przy drzwiach Ferrusa i podekscytowanych
okrzykach dziewczyn, moj opor nie ma szans. Ruszamy. Dziewczyny zaczynaja sie
tluc w aucie. Kociokwik i jazgot jak w kurniku, w ktorym szaleje lis. Glowa
rodziny, ta druga, zapowiada, ze zaraz beda gonic za autem. Ubawiona proponuje
im jazde z Felkiem w bagazniku jako alternatywe. Bloga cisza... ;-)
Pine Barrens czyli New Jersey Pinelands to prawdziwie wiejska okolica.
Wjezdzamy na teren parku stanowego o podejrzanej nazwie „Double Trouble.”
Jeszcze nie wiemy jaki to klopocik wywieziemy sobie z naszej wyprawy.
Dziewczyny jak dzikuski dopadaja drzew. Gdy jedna wpada na jakis pomysl,
druga zaraz podaza w jej slady! Nie zawsze w kolejnosci zgodnej z wiekiem.
Czasem mysle, ze wylazi przywodczy, lekko despotyczny charakterek jakiegos
przodka...
Glowa rodziny, ta druga, wezwana jest na pomoc, bo tylek ciezki na drzewie
nie chce zawisnac.
Anita pstryka mnostwo zdjec swym ulubionym rozowym aparatem. Musze wreszcie
wywolac klisze! Martha ryje rekami wszedzie gdzie tylko uda jej sie przykucnac.
Jej starsza siostra twierdzi, ze Martha powinna nosic koszulke z napisem „NO
FEAR.” Chyba ma racje, ja dopisalabym jeszcze na gorze „DANGER!”
Szlak w lesie jest urodzy. Jest pieknie. Chyba cala polnocna czesc polnocnej
hemisfery wyglada pieknie jesienia...
Niespodzianka w postaci maslakow raduje nasze polskie oko. „Mamusiu, ja lubie
zbierac grzyby” zachwycona Anita deklaruje swoje uznanie dla grzybobrania.
„Ja tes, ja tes!” podskakuje Martha. I ona znajduje ladne okazy i dzielnie
obiera je z igiel i lisci.
Rozkladamy wreszcie piknik. Leze na kocu i gapie sie w niebo.
Czy tak wlasnie wyglada pelen relaks, o ktorym z utesknieniem pisala niedawno
Basia? Taki, gdzie nic nie robie, nigdzie nie biegne, za nikim nie gonie i nie
mysle o tym co jeszcze musze zrobic? Hehe, chyba to to! Przytuleni, wszyscy
razem, obsypani iglami, lezacy na szyszkach... fajnie! 8)
Ale ja juz czuje, ze cos kaze mi poderwac sie i gnac w las! Rany, jaki relaks
jest meczacy! Prawdziwa sztuka usiedziec tak w miejscu! Dziewczyny tez juz gnaja
dalej. Zataczaja swoje terytorium znow klocac sie miedzy drzewami. Czupurnosc
malej Biedroneczki doprowadza Anite do prawdziwej wscieklej histerii. Ale
perspektywa spaceru na grzbiecie „rumaka” w kierunku pola zurawinowego osusza
szybko lzy. „Rumak” dostaje za friko nowe iglaste rogi wbite w czapke.
Zurawin juz niestety nie ma, zostaly zebrane... ale widok i tak jest ciekawy.
Wydlubujemy kilka z niskich krzaczkow z radosnym przeswiadczeniem, ze w
przyszlym roku pojawimy sie tu przed zbiorami.
Na dzien dzisiejszy, nie jestem taka pewna... Krwiopijcza pamiatka na glowie
Marthy skutecznie zniecheca mnie do wypraw lesnych... Moze za pare tygodni, gdy
wyjasni sie sprawa opitego kleszcza wyciagnietego z glowy dziecka, wroci mi
ochota lazenia po krzakach.
Co robimy gdy nic nie robimy
Nudno z pewnoscia nie bywa. W kazdym
razie nuda czasem jest potrzebna, ale zdarza sie niezmiernie rzadko.
Mozna udawac starsza siostre i targac ze soba na zjezdzalnie lalke zwana „Moj
Bejbus” dzielnie i opiekunczo trzymajac ja za kudly.
Mozna skakac na skakance liczac do 100...
Mozna na przyklad porwac kosz na uprana bielizne i udawac zolwia.
Mozna tez urzadzic teatrzyk maskotkowy wieczorowa pora dla chetnej publiki...
...by z luboscia zbierac oklaski.
Mozna tez schowac sie w ciemnosciach za pierzastym wachlarzem siostry i robic
durne miny.
„Choc spac moja malutka coreczko.” – mowie do niej czule zapraszajac do
sypialni. „Nie jestem malutka!” – buntuje sie maly grzdylek. :twisted: Jestem
duzia dziewcinka!” – sepleni z przekonaniem. Ale zaraz lagodnieje i dodaje: „Jak
bede malutka, to dasz mi smoczka, mleczko z cycusia i bedziesz mnie tulic w
malym lozeczku...” obiecuje. Anita wyje na podlodze, powatpiewajac w porzadek
swiata wedlug mlodszej siostry i by udowodnic, ze z nia tez nie wszystko jest w
porzadku twierdzi, ze ma dwie pary oczu...
Wszystko jest w porzadku, ale czasu nie da sie zatrzymac. Marthaskowa
filozofia przekonuje mnie, ze jeszcze troche tej malutkiej dziewczynki mi z niej
zostalo... Na dobranoc, jak co dzien, czytamy ksiazeczke, ktora Martha dostala
na urodziny od cioci... Martha uwielbia sluchac, gdy z pamieci juz opowiadam jej
historie o milosci macierzynskiej hustajac ja na rekach jak ta mama z ksiazeczki
i nucac:
I’ll love you forever I’ll like you for always As long as I’m
living My baby you’ll be...
Lubie takie „nicnierobienie.”
|