czwartek, 17 listopada 2005

Dynie, grzyby i zurawiny

Dyniowe dylematy
Pazdziernik daje popalic. Kolejny huragan niesie ze soba wietrzyska, ktore sprawiaja, ze chcemy zahibernowac sie w domu. Ale dary jesieni neca nas wiec ruszamy na zaprzyjazniona holenderska farme. Jablka, dynie i domowe zoo...



A do tego najwspanialsze i zawsze upragnione kuce!



Jest i pole dyniowe! Anita, perfekcjonistka, dlugo szuka tej jedynej niezwyklej dyni. Bardzo sie przy tym na nas wscieka, pokwikujac i jeczac, ze nic nie moze znalezc i odrzucajac kazda nasza propozycje. Przebiera w zaroslach, nie daje za wygrana, az wreszcie zadowolona siada na swojej wyszukanej dyni i snuje plany drazenia w niej licznych dziur.

Potem jazda na wozie z sianem, jabluszka i wio do domu! Tego nam bylo trzeba by sie nie dac niedzwiedziom wciagnac w stan hibernacji! „Trick or treat” czyli „Jesli nie dasz mi lakocia, sciagne ci portki!”
Takie wlasnie teksciki wyglasza Anita przed Halloween. Pare razy glosniej i Martha juz wtoruje jej konczac halloweenowe rymowanki przyniesione ze szkoly dzikim kwikiem satysfakcji. Zastanawiam sie czy powinnam zawczasu strzelic kazanie na temat powtarzania glupot, ale aspirujaca wiedzma ma kupe frajdy klepiac glupoty wiec poprzestaje na stwierdzeniu, by zastanowila sie dwa razy zanim sypnie tym tekstem do kogos kogo moze nim urazic. Halloweenowe imprezy zaczynaja sie juz w niedziele.

Wiedzma wsiada na miotle.

Martha nie moze zdecydowac sie ktory kostium na ktora okazje. Wklada wiec wieczorowy na dzien... w koncu tylko z takimi skrzydlami da sie wirowac jak elf!



Osiedlowe przyjecie dla dzieci jest przebojowe. Tance, klejenie duchow z pianki, ciasteczka w ksztalcie dyn, duchow i nietoperzy i wspanialy mus jablkowy!

Dzieciaki przybywaja tlumnie, po obzarstwie pozuja do grupowego zdjecia robiac smieszne miny.



Nastepnego dnia wieczorem dziewczynki ruszaja na slodkie lowy! Martha dla odmiany wklada stroj dzienny na wieczor...

Co male raczki potrafia

„Pani E., pani to wszystko potrafi!” – chwali mnie przesadnie nasza kochana niania patrzac jak wygniatam ciasto na urodziny mego brata. Powtarza to samo gdy szyje spodnice krakowska dla Anity na wystep jej zespolu. Hmmm... nie umiem z pewnoscia jeszcze wielu rzeczy, ale wciaz moge sie nauczyc! Razem z moimi dziecmi jest zabawniej! Male raczki Marthy wprawnie rozsmarowuja mase jableczna na wygniecionym przeze mnie ciescie.



Spod malej raczki Marthaska pewnego tez slonecznego poranka wylania sie pierwszy rysunek, ktory przedstawia na serio to co mial przedstawiac czyli ma rece i nogi! ;-)



Anitka podpatruje jak uprawiam wlasnego swira robiac wlasna bizuterie i zabiera sie ze skupieniem za naszyjnik dla swej lalki.

Od przedwczoraj widzac mnie jak szydelkuje dla Marthy nowa czapke, domaga sie korepetycji. W zyciu nie przypuszczalam, ze bedzie miala tyle zaciecia! Ambitna bestia zaparla sie, ze bedzie kocyk robic! W tej chwili cwiczy tylko produkcje lancuszkow. Moja krew! :P

Przypadkowe grzybobranie i czerwone zurawiny
Glowa rodziny, ta druga, zarzadza wyprawe do lasu. O rany, jak mi sie nie chce... Sezonowe alergie trzymaja i nie chca puscic. Znow bede zaplakano-zasmarkana. Ale w obliczu naszykowanej walowki, warujacego przy drzwiach Ferrusa i podekscytowanych okrzykach dziewczyn, moj opor nie ma szans. Ruszamy. Dziewczyny zaczynaja sie tluc w aucie. Kociokwik i jazgot jak w kurniku, w ktorym szaleje lis. Glowa rodziny, ta druga, zapowiada, ze zaraz beda gonic za autem. Ubawiona proponuje im jazde z Felkiem w bagazniku jako alternatywe. Bloga cisza... ;-)

Pine Barrens czyli New Jersey Pinelands to prawdziwie wiejska okolica. Wjezdzamy na teren parku stanowego o podejrzanej nazwie „Double Trouble.” Jeszcze nie wiemy jaki to klopocik wywieziemy sobie z naszej wyprawy.

Dziewczyny jak dzikuski dopadaja drzew. Gdy jedna wpada na jakis pomysl, druga zaraz podaza w jej slady! Nie zawsze w kolejnosci zgodnej z wiekiem. Czasem mysle, ze wylazi przywodczy, lekko despotyczny charakterek jakiegos przodka...

Glowa rodziny, ta druga, wezwana jest na pomoc, bo tylek ciezki na drzewie nie chce zawisnac.



Anita pstryka mnostwo zdjec swym ulubionym rozowym aparatem. Musze wreszcie wywolac klisze! Martha ryje rekami wszedzie gdzie tylko uda jej sie przykucnac. Jej starsza siostra twierdzi, ze Martha powinna nosic koszulke z napisem „NO FEAR.” Chyba ma racje, ja dopisalabym jeszcze na gorze „DANGER!”

Szlak w lesie jest urodzy. Jest pieknie. Chyba cala polnocna czesc polnocnej hemisfery wyglada pieknie jesienia...



Niespodzianka w postaci maslakow raduje nasze polskie oko. „Mamusiu, ja lubie zbierac grzyby” zachwycona Anita deklaruje swoje uznanie dla grzybobrania.



„Ja tes, ja tes!” podskakuje Martha. I ona znajduje ladne okazy i dzielnie obiera je z igiel i lisci.



Rozkladamy wreszcie piknik. Leze na kocu i gapie sie w niebo.

Czy tak wlasnie wyglada pelen relaks, o ktorym z utesknieniem pisala niedawno Basia? Taki, gdzie nic nie robie, nigdzie nie biegne, za nikim nie gonie i nie mysle o tym co jeszcze musze zrobic? Hehe, chyba to to! Przytuleni, wszyscy razem, obsypani iglami, lezacy na szyszkach... fajnie! 8)



Ale ja juz czuje, ze cos kaze mi poderwac sie i gnac w las! Rany, jaki relaks jest meczacy! Prawdziwa sztuka usiedziec tak w miejscu! Dziewczyny tez juz gnaja dalej. Zataczaja swoje terytorium znow klocac sie miedzy drzewami. Czupurnosc malej Biedroneczki doprowadza Anite do prawdziwej wscieklej histerii. Ale perspektywa spaceru na grzbiecie „rumaka” w kierunku pola zurawinowego osusza szybko lzy. „Rumak” dostaje za friko nowe iglaste rogi wbite w czapke.



Zurawin juz niestety nie ma, zostaly zebrane... ale widok i tak jest ciekawy.



Wydlubujemy kilka z niskich krzaczkow z radosnym przeswiadczeniem, ze w przyszlym roku pojawimy sie tu przed zbiorami.

Na dzien dzisiejszy, nie jestem taka pewna... Krwiopijcza pamiatka na glowie Marthy skutecznie zniecheca mnie do wypraw lesnych... Moze za pare tygodni, gdy wyjasni sie sprawa opitego kleszcza wyciagnietego z glowy dziecka, wroci mi ochota lazenia po krzakach.

Co robimy gdy nic nie robimy

Nudno z pewnoscia nie bywa. W kazdym razie nuda czasem jest potrzebna, ale zdarza sie niezmiernie rzadko.

Mozna udawac starsza siostre i targac ze soba na zjezdzalnie lalke zwana „Moj Bejbus” dzielnie i opiekunczo trzymajac ja za kudly.

Mozna skakac na skakance liczac do 100...

Mozna na przyklad porwac kosz na uprana bielizne i udawac zolwia.



Mozna tez urzadzic teatrzyk maskotkowy wieczorowa pora dla chetnej publiki...



...by z luboscia zbierac oklaski.

Mozna tez schowac sie w ciemnosciach za pierzastym wachlarzem siostry i robic durne miny.



„Choc spac moja malutka coreczko.” – mowie do niej czule zapraszajac do sypialni. „Nie jestem malutka!” – buntuje sie maly grzdylek. :twisted: Jestem duzia dziewcinka!” – sepleni z przekonaniem. Ale zaraz lagodnieje i dodaje: „Jak bede malutka, to dasz mi smoczka, mleczko z cycusia i bedziesz mnie tulic w malym lozeczku...” obiecuje. Anita wyje na podlodze, powatpiewajac w porzadek swiata wedlug mlodszej siostry i by udowodnic, ze z nia tez nie wszystko jest w porzadku twierdzi, ze ma dwie pary oczu... Wszystko jest w porzadku, ale czasu nie da sie zatrzymac. Marthaskowa filozofia przekonuje mnie, ze jeszcze troche tej malutkiej dziewczynki mi z niej zostalo... Na dobranoc, jak co dzien, czytamy ksiazeczke, ktora Martha dostala na urodziny od cioci... Martha uwielbia sluchac, gdy z pamieci juz opowiadam jej historie o milosci macierzynskiej hustajac ja na rekach jak ta mama z ksiazeczki i nucac: I’ll love you forever
I’ll like you for always
As long as I’m living
My baby you’ll be...
Lubie takie „nicnierobienie.”