piątek, 7 lipca 2006

Dzikie pomysly

Lato deszczowe sprzyja nudzie. :twisted: Czerwcowe ulewy sprawiaja, ze uciekamy przed deszczem na zakupy do centrum handlowego, ale ladujemy na karuzeli. W koncu ile mozna lazic po sklepach w wakacje. Zaczyna sie wakacyjny luz!

Deszcz leje i leje. Postanawiamy nie dac sie ponurej pogodzie i robimy wypad na wesole miasteczko, ktore nawiedza nasze male miasteczko z okazji odpustu. Przypomina mi sie moje dziecinstwo, gdy na wakacjach najwieksza atrakcja bylo wyruszenie na odpust podczas urlopu w jakims malenkim uroczym zakatku Polski. Male gliniane koguciki, panska skorka, obwarzanki... ech, zyc nie umierac! Anita i Martha maja tego namiastke, zamiast glinianych kogucikow, moga powirowac w przerosnietej porcelanie.

Albo poszalec na dzikim smoku w rzesistym deszczu. ;-)

Zamiast panskiej skorki, moga wsunac jablka pieczone z karmelem lub zjesc caly worek cukrowej waty, gdy mama nie patrzy.

Gdy wciaz leje przez nastepny tydzien, nakrywam panny ze zrezygnowanymi minami w pokoju Anity w takim oto stanie... Plaza w domu przy swiete lampy? Czemu nie?! :-D

Mimo wszystko w domu da sie milo spedzic czas. Mozna na przyklad pobawic sie we fryzjera...

... albo wozic wywrotka chrupki sniadaniowe...

i karmic nimi psa...
Ogladam zdjecia z zeszlego roku i stwierdzam, ze dziewczynom oprocz centymetrow przybylo mnostwo dziwnych pomyslow. ;-) Marthy nogi z malych pulchnych kopytek dreptusia zrobily sie dziwnie dlugie. Kompletnie przeszkadzaja nam teraz w takich czynnosciach jak przenoszenie spiacej krolewny do jej sypialni. Zawsze zawadzaja o framuge. Nogi Anity przestaly na mnie robic szokujace wrazenie gdy na swiecie pojawila sie jej siostra. Jakos proporcje w mgnieniu oka zmienily sie przy niemowlaku w domu.
Za to w tym sezonie szokuje mnie jej dziwnie rozrastajace sie plecy i ... klatka piersiowa... Nie... to niemozliwe, niech mnie ktos obudzi!!!!! :shock:

Ulewy wreszcie koncza sie. Mozna wynurzyc sie z domu by uskuteczniac dzikie pomysly na zewnatrz.

Mozna polowac na robale. Dziwaczne swietliki w dzien wygladaja raczej nieciekawie. Martha nie jest nimi tak zachwycona jak jej odkrywcza siostra.

Mozna tez ruszyc na polowanie na borowki amerykanskie. Bo wszystkie jestesmy nie tylko wyglodniale slonca, ale i witaminek.

Oprocz pozerania borowek prosto z krzaka, mozna tez z nimi zrobic inny uzytek za przykladem mamy...

A stuknieta mama kilka tygodni pozniej dziwi sie skad jej mlodsza pociecha wpada na dziki pomysl wklepania w dziurke do nosa gumy do zucia...

Po takich zwariowanych pomyslach trzeba wrocic blizej cywilizacji. Udawac calkiem normalna szanujaca sie rodzinke na rodzinnej imprezie... ;-)

Krytycznie patrzec na szurnietego clowna, ktory usiluje wmowic dzieciom, ze umie czarowac...

Gdy nikt nie patrzy, poslinic palce i mazac nimi po lodowej rzezbie...

... lub gdy nikt nie slucha, pozepolic na fortepianie.

Oczywiscie taka cywilizacja jest dobra, ale tylko na troche. Z radoscia zrzucamy jedwabie na rzecz szortow i gnamy za przykladem rodzinki Krecikow do zoo! Z balowej sali ladujemy w jaskini.

Martha ma faze na obraze. O rozne male i mniejsze sprawy, takie jak na przyklad problem z wdrapaniem sie na baobab.

Jesli chodzi o duze sprawy, zamiast obrazy nastepuje chwilowy koniec swiata. ;-) Weryfikuje doswiadczenia z innymi mamami rowiesnic Marthy. Stwierdzenie normy nie pociesza mnie zbytnio. Przeczekamy.

Oprocz dzikich awantur, dzikich wspinaczek i dzikich zwierzat, w zoo doswiadczam uczucia radosci na widok kozy afrykanskiej grubej jak antalek. Anita twierdzi, ze jest w ciazy. Ale doczytujemy, ze taka jej antalkowata natura.

Mamy krotka dyskusje na temat ciaz u koz. Na szczescie zza ogrodzenia wychyla sie spragniona pieszczot owca. Dziewczyny pol godziny zaglaskuja ja chyba w nadzieji zaglaskania na mur beton, ale owca nie rusza sie z miejsca rada, ze ja tak podziwiaja.

A ja nadal podziwiam biala koze i dostrzegam w jej spojrzeniu, wcale dodam nieglupim, jakas sympatie i wiez. Koza koze rozumie. Anita przybiega do mnie z wiadomoscia, ze koza i ja jestesmy do siebie podobne, bo bie jakies uparte... Czy w zwiazku z tym moglabym sobie kupic koze by miec z niej mleko i przyjaciolke, a jej owce, by miec z niej zwierzatko do glaskania. Zdecydowanie czas ruszyc do starej zolwiowej fontanny by zmienic temat...

Lipiec jest super. Kazda wolna chwile spedzamy na basenie osiedlowym.

Sasiedzi staraja sie urozmaicic dzieciom czas. Trafiamy na lekcje robienia papieru ozdobnego. Najpierw Anita, potem Martha odciskaja wode z papierowej mazi i ozdabiaja papier kwiatkami.


Potem papier sobie schnie, a one biora udzial w lekcji chemii o kwasach i zasadach prowadzonej przez sasiada-chemika z lokalnej szkoly. Mieszaja odczynniki, eksperymentuja. Ja robie zdjecia na osiedlowa strone internetowa.

Po takiej dawce slonca i podejrzanych substancji, dopada nas jakas dzika goraczka z wysypka. ;-)

A moze to przedwyjazdowa goraczka gorska? 8)

W kazdym razie przechodzi nam dosc szybko i spokojnie mozna ruszac na urlop. Wodospady, sarny, babcia i dziadek... mama tylko na chwile, bo musi wracac do pracy. Ale za to za kilka dni znow bedziemy razem wpadac na rozne dzikie pomysly!