Co robi wieczorami slomiana wdowa i chwilowo osierocona matka? Oprocz odgruzowania domu i pakowania walizek, ogrzebuje stare i nowe zdjecia swego przychowku i... pochlipuje z tesknoty. I zagrzebuje sie we wspomnieniach... Niewazne, ze rozstanie na krotko. Niewazne, ze jest cisza i pewnego rodzaju wolnosc. Cisza dzwoni w uszach.
A dopiero o tej ciszy marzylam... Co za niedorzecznosc.
Nie ma nic lepszego jak miec pelna chate.
Tak ciezko wypracowana pelna chata jak nasza, to nie ciezar, to szczescie. A tak latwo w codziennej bieganinie o tym szczesciu zapomniec i spogladac na nie na opak. Jak na kierat. Albo labirynt bez wyjscia.
Niewdzieczne mysli.
Jak zwykle przekonuje sie po raz kolejny, ze w zyciu wszystko ma swoja kolej i dzieje sie nie bez powodu. Ktos tam na gorze zaplanowal to idealnie. Wlasnie teraz daje mi szanse spojrzec za siebie i docenic.
Nie jestem niewdzieczna. Tylko zabiegana i zmeczona.
Plan jest niesamowity. Tak niesamowity jak mala dziewczynka w rozowym kapeluszu przytulajaca sie w skwarze do aksamitnego przyjaciela na deskach tarasu.

Mala dziewczynka z dolkami w polikach po mamie. I z filuternym usmieszkiem po tacie. I dodam, z poza modelki wyuczona od Hanny Montany, dzieciecej gwiazdy.

Plan jest piekny. Tak piekny jak dziewieciolatka, ktora jest swojego uroku kompletnie nieswiadoma. Jak taki surowy diament, ktory nam przyszlo czesciowo szlifowac.

Jakze puste byloby zycie bez planu. Tydzien przytlaczajacej ciszy w domu i zaczynam budzic sie ze zlego snu, w ktory sama sie wpedzilam zapominajac zatrzymac sie na chwile refleksji posrod codziennosci.
A przeciez nawet nasza codziennosc nie zawsze jest az tak codzienna i kieratowa.
Poczatek lipca to wyczekiwane pokazy zimmych ogni na czesc swieta narodowego. Ubieramy sie i pryskamy sie przeciwkomarowo. Tna krwiopijcy jak oszalali. Tata targa fotele turystyczne, a my targamy aparaty fotograficzne z nadzieja, ze uda nam sie uchwycic blaski na tle czarnego nieba.

Pokaz zimnych ogni jest piekny, choc nasz sasiad, stary Irlandczyk, twierdzi, ze 10 lat temu jego podatki szly lepiej z dymem niz teraz. Narzeka, ze wladze miasta nawet nie potrafia przepuszczac pieniedzy z taka pompa jak kiedys. ;-)



Ruszamy do Kanady na kilka dni, by wreszcie obejrzec poczynania mieszczucha na ranczo. Mieszczuch to wujaszek dziewczynek. Mieszczuch totalnie zwiesniaczony od roku, w urokliwy sposob organizuje kurnik, tresuje szczeniaka owczarka, Diesel’a, ryje w ziemi koparka by kaczkom staw sztuczny stworzyc i przekopuje grzadki w ogrodzie.
Dzieki zwiesniaczonemu mieszczuchowi dziewczyny maja szanse poprzytulac ptactwo domowe. Ostroznie, najpierw z taty pomoca, by nie isc w slady wujka (wiesc glosi, ze w dziecinstwie uczyl pisklaki plywac w studni), tula male kaczki i kurczaki.


Strefa odkryc. Dla dziewczyn i dla mnie. W zyciu nie mialam w reku kurczaka. Ani kaczorka. Plan jest niesamowity. Mam druga szanse w zyciu by obejrzec oczami dziecka wszystko to, czego nie mialam szansy ogladac jako dziecko. Sprytnie wymyslone. Tylko czemu takie male kaczki i kurczaki podsmierduja?


Biegamy po lakach.


Rozkoszujemy sie soba...

... i zabawa z ulubionymi przyjaciolmi.

Relaksujemy sie na tarasie...


... i w dyzurnym baseniku, ktory pada prawie natychmiast ofiara ostrych jak szpilki zebow Diesel’a.

Chodzimy na spacery, a tam spotykamy rodzine szopow praczy ciekawie spogladajaca na nas z wysoka.

Wuj zamiast na koniu, ktorego jeszcze sie nie dorobil, wozi pany na Sammy’m. Nawet Ferrus ma ochote na przejazdzke tym dziwacznym pojazdem.

Gorace popolunia pod parasolem przypominaja nam o naszym dziecinstwie.
O jadalnych klejnotach natury...

... i o umiejetnosciach, ktore przynosza radosc i satysfakcje.

Ranki to stanie na glowie.

A wieczory to bujanie w oblokach wsrod pozloconych zachodzacym sloncem lisci brzozy z tak brudnymi i poobijanymi nogami, ze przejda do historii.

I z wiatrem we wlosach.

Sielanka mija, gdy powrot z Kanady zamiast 9 godzin, zajmuje nam 13. Wraca zmeczenie. Wraca uczucie powrotu do kieratu. Zbyt szybko by pamietac, ze to nie kierat, a szczescie.
Musimy sie wyzwolic ponownie z zawodowo-domowego stresu. I z przekonania, ze dalismy sie wciagnac w jakis chory plan.
W kolejny weekend ruszamy odreagowac do jaskin w Pennsylwanii. Wycieczke zaczynamy od poszukiwania brylek zlota.

A potem czekajac na nasza kolej na lodz przewoznika po jaskiniowym jeziorze, wpadamy w szal kapeluszy.



Jaskinia jest zimna.

Glos odbija sie od kamienistych scian zwlowrogo. Temperatura wody graniczy nieomal z punktem zamarzania. Martha boi sie mroku i odglosow jaskimi. Lodka niebezpiecznie buja sie przy najmniejszym ruchu. Mam ochote zlapac dzieci i mocno tuli do siebie, ale siedza po przeciwnej stronie. Gdy zmieni sie balast, wywrocimy sie. Tkwimy wiec ogladajac cudy natury.

Po godzinie wyjezdzamy po drugiej stronie jaskini. Zimne, pachnace mineralami powietze zamienia sie w znajomy powiew letniego powietrza. Dzieci zauwazaja z dala dzikie labedzie, kawalek dalej stado jeleni. Potem znow wracamy przez jaskinie. Ale bez tego samego poczucia niebezpieczenstwa. Znajome nie jest takie strzaszne jak nieznajome.

W domowych pieleszach dziecinna zabawa plastelina sprowadza sie do codziennego przekomarzania sie. Komfort domowy i przekonanie, ze bez wzgledu na to, co sie zrobi czy powie, jest wsrod nas milosc i zrozumienie, ktore pozwalaja dziewczynkom beztrosko testowac granice wzajemnej wytrzymalosci.

Tluka sie, skarza na siebie, przepraszaja, kochaja sie, rozbudzaja rozne dziwaczne obsesje. Jamnikowe ostatnio. Koszulki, torby, buty z jamnikami. Chyba kiedys skonczymy jako przytulek dla jamnikow. Ale to bedzie radosny przytulek. Teraz tylko w sferze marzen malych dziewczynek. Moze nie tylko malych dziewczynek.
Pelna chata.
Jak latwo zapomniec, co sie dostalo od losu.
Jak smutno, gdy tak pusto...
Pelna chata...
Jaki piekny plan.
|