Wczorajsza wizyta w ogrodach Longwood byla magiczna jak zawsze... Nie tylko dlatego, ze zadzialal noworoczny duch pojednania i udalo sie w tempie ekspresowym oczyscic powietrze z moim humorzastym bratem, ale tez dlatego, ze cala nasza rodzina mogla podzielic sie magia tego miejsca, nawdychac niesamowitych zapachow storczykow, nasycic oczy widokami nowych wystaw. Tam nigdy nie jest nudno, nigdy nie ma rozczarowan. Jedynie lodowaty wiatr na zewnatrz dal nam mocno w kosc i nie pozwolil bawic na zewnatrz tak dlugo, jak mielismy ochote...
Choinka ustrojona w masy ruszajacych sie tropikalnych motyli byla niesamowita. Przywolala wspomnienia Kostaryki i sopli lodowych ulamywanych spod okapu zima w dziecinstiwe.
Ustrojona jadalnia pana Du Pont, gdzie corocznie odbywaja sie uroczyste obiady swiateczne, budzi we mnie kompletny zachwyt bogactwem i roznorodnoscia nakryc kazdego ze stolikow. Mimo, ze nie gra muzyka, slysze koncert na wiolonczeli i z luboscia marze o romantycznym posilku przy stole ustrojonym nakryciami w kolibry.
Choinka udekorowana pelargoniami urzeka intensywnoscia czerwieni.
Krysztalowy swiat sopli lodu, obok kaktusow i sukulentow, wcale nie wyglada dziwnie tak pieknie komponuje sie zielonoscia w otoczenie.
Storczyki pachna tak cudnie, ze w ciszy zamieramy przy nich z nosami wdychajac aromaty jak w perumerii.
Panny obsiadaja kazdy kamien w ogrodzie pozujac do zdjec.
Mini-cyklameny przywoluja na mysl lutowe rocznice slubu moich rodzicow, ktorym prawie kazdego roku kupowalismy piekny kosz cyklamenow na te okazje...
W oranzerii robi sie cieplej na widok soczystych mandarynek.
Choinki z kaktusow z pewnoscia nie sypia iglami.
Na zewnatrz wieje jak na Syberii, biegiem prawie biegniemy do koncertujacej fontanny mijajac swiatla, swiatelka...
Koncert odwolany... a my z ulga oddychamy, ze na takim wietrze i zimnie nie przyjdzie nam sluchac chocby najwspanialszej muzyki.