Marcowe dni sa jak male koraliki z Marthaskowego pudelka,
kolorowe, nieuporzadkowane, a za razem zajmujace i pelne nieoczekiwanych
odkryc.
Dziewczyny przepedzaja zime z zakamarkow domu calkiem radykalnie
przynoszac pewnego popoludnia wiosenne kwiatki.
„Mamusiu, mamy dla ciebie niespodzianke, chodz, chodz!” ciagna mnie od
drzwi i wywoluja u mnie szeroki usmiech.
Wiosna o wiele ciekawiej i latwiej jest snuc nowe
opowiadania, a coz jest lepszym do opowiadan miejscem od kuchennego blatu...
Martha wchodzi w faze opowiadan, ktore nieodzownie i w
99% przypadkow zaczynaja sie od „Mama, a pamietas jak ja jutlo bylam...” w
zwiazku z czym nastepuje rownie nieodzownie krotka przerwa na korekte
umiejscowienia wydarzen we wlasciwym czasie.
Opowiesci snuja sie wokol najrozniejszych tematow. Czesto rzeczywistosc
miesza sie w zaskakujacy sposob z fantazja, a mala gadula jest tak
przekonywujaca, ze nie jestesmy w stanie autorytatywnie ocenic, w ktorym
miejscu jej przygody zaczynaja nadawac sie do bajeczki dla dzieci.
Bajeczki, ksiazeczki przeczytane, przerobione
kilkakrotnie na rozne wersje sa najlepsza inspiracja do wlasnych przygod albo
kompozycji muzyki i choreografii. Staje
sie pierwszym sluchaczem poprzerabianych piosenek z filmow i nagran dla dzieci,
a gdy pytam moja mala artystke kim jest, otrzymuje prosta odpowiedz: „I’m just
a girl from a village...” [Jestem prosta
dziewczyna ze wsi.] rowniez zapozyczona z jednej z odgrywanych rol.
Pomijajac bajkotworstwo, Marthasek, choc w swej skromnosci
twierdzi inaczej, jest prawdziwa dama.
Uwielbia dbac o siebie.
Z fascynacja czesze wlosy starszej siostry oswiadczajac,
ze jej „fliziula” tez niebawem bedzie „taka duuga.” Nielatwo jest uchwycic na
fotce te sekunde, w ktorej z gracja odrzuca w tyl glowe w przekonaniu, ze jej
bujne wlosy opadna ciezko na ramiona i plecy.
Moment bezcenny, na zawsze wpisany w pamiec. Ten ruch reka poprawiajacy wyimaginowany
warkocz, wystudiowany jak po szkole filmowej, te zmruzone oczy, wachlujace
rzesy przekonuja mnie, ze moje dzieco, przez te krotka chwile jest kims innym,
kims starszym, byc moze swym wcieleniem za kilka lat... Uch!
Zaczynam sie bac.
Z troska nianczy swych podopiecznych.
Zachwyca sie pieknem przyrody.
Dba tez o swe maniery podczas rodzinnego posilku w
restauracji. Nie przepusci zadnej okazji
by oddac sie eksperymentom majacym na celu nie tylko gruntowne zapoznanie sie z
zawartoscia talerza, ale tez przetestowanie jak dalece moze zajsc bez wywolania
poirytowania otozenia. Granice
przesuwaja sie z zastraszajaca szybkoscia i sila, po to tylko by za kilka minut
wrocic na stare miejsce czyli tam, gdzie mamusi nie rosnie cisnienie.
Z gracja pobiera lekcje konnej jazdy. Na haslo „Kto pierwszy jedzie na koniu?” w
stadninie, w ktorej trenuja jej kuzynki, rzuca sie w strone rumaka ochoczo i
bez oporow pozostawiajac za soba nie tylko starsze dziewczynki, ale i
chlopcow. Natura, ktora sprzyja
wariackim wypadkom skrecenia karku pozwala tej lekko stuknietej trzpiotce na oddanie sie zywiolowi,
nawet jesli w oczy wieje wiatr i nos zaczyna zamarzac przy trzeciej rundzie w
siodle. Triumfalne spojrzenie gdzy
sciagam ja z konia z radosnym okrzykiem: „I did it, mommy!” sprawia mi
nieklamana przyjemnosc. Gdy widze ja kapiaca sie w radosci z dokonanego
wyczynu, ogarnia mnie radosc, ze jest tak cudownie otwarta na nowe
doswiadczenia i potrafi czerpac z nich pelna geba. Kazdy dzien przynosi w prezencie nowe
odkrycia moich corek.
Martha wklada cala swa dusze rowniez w spokojniejsze zajecia,
przy ktorych nie grozi skrecenie karku.
Skupienie wyrazajace sie sapaniem i zamaszystoscia ruchow latwo
zaobserowac zwlaszcza gdy materialem jest smierdzaca obrzydliwie masa o
dzwiecznej nazwie FLOAM. Spod jej malych
dloni wychodza placki, torty, ciastka i... weze grzechotniki.
Gdy uroda tego wymaga, porafi zrelaksowac sie
horyzontalnie. Kocha poduchy, mamine
lozko, salonowa sofe, byle tylko zawiesic na mamie jedna ze swych nog i oddac
sie relaksujacemu „mizianiu” w stopki.
Mizianie musi koniecznie przejsc w dmuchanie, bzykanie i pyrkanie z
pluciem w gola konczyne, koniecznie do fazy histerycznego smiechu, koniecznie
miedzy malymi palcami. Gdy ta smieszna
histeria siega zenitu, mala dama krzyczy „dosc!” by za sekunde pchac pod nos
mamie swojego zaplutego smierdzielka i znow krzyczec „jeszcze!” Jak kazda kobieta, ta tez zmienna jest.
A co podczas tych damskich zajec robi jej starsza
siostra?
Wchodzi w etap przednastoletni.
Co oznacza etap przednastoletni? Wlasnie zaczynam z pewna obawa go odkrywac. Nie
wszystko jeszcze pojmuje, ale widac tak ma juz byc, ze odkryc dokonuje
stopniowo.
Sa jego dobre strony, jak te wyzej wymienione wiosenne
kwiatki.
Sa tez napady glupawki, gdy matka blaga o ladny usmiech
do aparatu, albo w ogole o pokazanie twarzy.
Upartosc to dobra cecha, ale trudna do przelkniecia dal innych. W okresie przednastoletnim bliskosc mamy
spada w skali ratingow na nizsze poziomy.
Pojawia sie niezaleznosc.
Przekonanie, ze plec slaba jest mocniejsza od brzydkiej (hehe, moja
krew!). Jedynym i specjalnym, choc czesto traktowanym z poblazliwoscia,
osobnikiem plci brzydkiej jest tatus.
Tatus ma wzgledy, bo potrafi ciekawie zorganizowac czas. Tatus ma wzgledy, bo jest zakochany po uszy w
corakch. Tatus ma wzgledy, bo kupil prawdziwa wedke i skompletowal sprzet corce
z zamiarem wypuszczenia sie na calodzienna wycieczke dla moczykijow-hobbystow.
Etap przednastoletni to tez ucieczki w samotnosc, w
balagan, ktorego potrzebe zrozumiec moze jedynie futrzany przyjaciel. „Mizianie” po nozce nie jest juz niestety
porzadane, za to drapanie za uchem i oblizywanie nosa jest kompletnie na topie.
Etap przednastoletni oznacza eksperymenty i
odkrycia. Jajko, z ktorego wykluwa sie
roslina? Czemu nie? Nie takie gadzety przynosi do domu tata. Gdy z jajka rzeczywiscie wykluwa sie spasiona
roslina, ktora wygladem przypomina bardziej dinozaura, nabieram szacunku do
zwariowanch pomyslow mojego dziecka. W
koncu za moich czasow takich cudow nie bylo.
Wiek przednastoletni to rowniez czas na humory. Humory z rana, humory w poludnie, humory
wieczorem. Powoli zaczynam akceptowac fakt, ze slowo „humory” w okresie
nastoletnim zamieni sie w „hormony.” Ale na wszelki wypadek wole o tym teraz za
dlugo nie myslec.
Oddanie sie sztuce przywraca terapeutycznie rownowage
emocjonalna. Gdy spod sprawnej reki wykluwa sie maly slon i osmiornica, usmiech
wraca na buzie przednastolatki.
Sa marzenia, potrzebe ktorych spelnienia, nieoczekiwanie
dla samej siebie zaczynam odczuwac rownie silnie jak sama marzycielka. Intuicja podpowiada mi, ze to marzenie spelnic
trzeba, bo kazdy na tym skorzysta.
Ruszamy wiec docelowo do Wielkiego Miasta. Moje male amerykanskie dziewczyny odwykly od
widoku wielkiego swiata bedac hodowane w cieplarnianych warunkach amerykanskiej
wsi. Martha chyba ma racje, ze jest
zwykla wiejska dziewczyna. Obie wydaja
sie przytloczone widokiem Times Square.
Pierwszy przystanek to Friends 2B Made czyli fabryka
szmacianych lalek. Martha wybiera lalke
ze sniada skora, brazowymi oczami i wlosami z blond wloczki. „She’s just like me!” wola podekscytowana.
A potem nastepuje dluga cisza, podczas ktorej jej nowa
przyjaciolka zostaje napelniona puchem za pomoca warczacej machiny, otrzymuje
serce i glos, ktory mowi „I’m so happy you’re my new best friend!” i wyznaje
jej milosc od pierwszego wejrzenia.
Nowa przyjaciolka musi jeszcze przejsc pare tortur (w
ramach wystawienia ba probe przyjazni) w salonie pieknosci.
Podczas gdy trzylatka i przednastolatka znecaja sie nad
sloneczna pieknoscia, decyduje sie podstawic do kolejki. Nie musze dlugo czekac na rezultaty poczynan
moich bardzo opiekunczych dzieci.
Sara, pozniej przezwana rowniez Ashley, otrzymuje
garderobe, ktora dzielnie pomaga nakladac jedyny godny tej roli mezczyzna.
Przytulona do Marthaskowego serca, Sara opuszcza fabryke,
by za chwile poznac swa kolezanke, obiekt marzen Anity. Gdy Anita dopada swa wymarzona lalke, tata
szturcha mnie szepczac: „Zobacz jakie totalne skupienie. Zaniemowilo nam dziecko z wrazenia.” Ogolnie malomowna Anita jest w transie. Nie widzi rojacych sie wokol niej dziewczynek
przesuwajacych sie z ich lalkami. Nie
slyszy rodzicow zadajacych pytania nie zauwaza napastliwej mlodszej
siostry. Dla niej ta chwila to JEJ
pierwsza chwila z nowa przyjaciolka.
Amerykanska dziewczynka taka jak ona.
Przednastolatka, ktora lubi konie i psy, ktora wyglada zupelnie jak
Anita. I ktora nigdy nie obraza sie, nie
krytykuje, nie ocenia.
Opuszczamy sklep i robimy to, co wszystkie nowe male
posiadaczki lalek z tej serii: pstrykamy obwiesne zdjecie przed wystawa. Martha, Sara, Anita i Amanda. Nowe przyjaciolki od serca.
Gdy wracamy do domu, mala ksiazeczka Amandy, zapelniona
jest juz do polowy informacjami. Pytam
Anite jaka jest jej nowa przyjaciolka i dowiaduje sie: „She is just like me,
mommy!” Uwielbia lody o smaku mango, jej
ulubionym przedmiotem w szkole jest przerwa (to zart, bo jest tez zabawna), gdy
ma do wyboru morze, jezioro i basen, wskoczy do basenu, bo jest ostrozna, ma
kilka wspanialych przyjaciol. Przez
zapiski przewijaja sie poczucie humoru, madrosc zyciowa i szczerosc. Ksiazeczka staje sie dla mnie przekaznikiem
wiedzy o wlasnej corke, o tym, co lubi, czego sie obawia, o czym marzy. Kazdego dnia przybywa w niej zapisow, a ja
chcetnie slucham co nowego Anita odkryla w swej nowej przyjaciolce cieszac sie,
ze mam wglad w przednastoletnia dusze wlasnej, ostatnio malomownej corki.
Jane Achilles napisala kiedys, „Madrzy rodzice wiecej
ucza sie od swej corki niz ona uczy sie od nich.”
Odkrywamy te prawde w podwojnej dawce wierzac, ze lekcje
nie pojda na marne.


























