Po posmarowaniu wszystkich kopyt ochraniaczem przed sloncem bierzemy sie za wiosla.
Jedni maja pomoc i dwa wiosla...
Inni maja tylko dodatkowy bagaz na pokladzie.
Bagaz uroczy, ale strachliwy. Sciska pluszowego tukana i spiewa glosno "Row, row, row your boat, gently down the stream!"
Trafiamy na tame, musimy wziac oba kanu pod pachy i obejsc tame ladem. Wielokrotnie wylaze z kanu i przenosze go przez mielizne, tak kawalkami niski jest poziom wody. Suche to nasze lato.
Po 2 godzinach splywu, Anita postanawia sprobowac swoich sil jako samodzielny wioslarz. Nawet niezle jej to idzie.
Ale przy rwacym kawalku rzeki wpada w panike, choc woda jest po kolana. Krzyczy na pomoc, tata wyskakuje z mojego kanu i biegnie rzeka ratowac dziecko z opalow. Komiczny widok. Krzyki nie sa wspolmierne z niebezpieczenstwem, ktorego po prostu brak na takiej plyciznie.
Dobijamy w trzeciej godzinie do pomostu. Koniec podrozy. Ledwo dysze, jestem czerwona jak burak z wysilku, mam ochote dac nura do tej krystalicznej wody, ale zdaje sobie sprawe, ze majtki od kostiumu wlazly mi w przedzial i bede swiecic obtartym od siodelka tylkiem przed masa publicznosci.
Cudny ten kawalek ziemi w Pennsylvanii. Oby takich jak najwiecej pozostalo nietknietych przez ludzka reke.