Nie ma jednego dziecka w domu. Nie ma jej od rana. Polonijna szkola, potem krotkie "Bye mommy, I love you!" i juz odchodzi objeta przez przyjaciolke do samochodu jej rodzicow. Cala w skowronkach, szczesliwa. Obiecane spanko-wariowanko u Victorii nie wypalilo od kilku tygodni z powodu choroby. Teraz tez nic by nie bylo z zabawy, gdyby mama dziewczynki nie obiecala dac Marthaskowi antybiotyku.
Bez Marthy w domu mam taki porzadek i cisze, ze jestem w szoku.

Odgruzowalam jej pokoj odkrywajac paskudztwa w kazdym kacie, 6 skarpet bez par, paste do zebow za lozkiem rozplywajaca sie rozkosznie po drewnianych klepkach, wyjete szklo z obrazka za szafka, obrazek za biurkiem, w szufladach Sodoma i Gomora. Uporalam sie radosnie z calym tym ambarasem, szczesliwa, ze nie ma w domu nikogo, kto w drugim koncu, bez kontroli, roaznosilby mi chalupe w pieruny. Rozladowalam przy sprzataniu troche negatywnej energii przynoszonej do domu z pracy. I oddychajac z ulga poczulam male uklucie. Taka malenka igielka, jak ta od choinki, dziubnela mnie gdzies w glebi na sekunde... tesknota. Ale jak to bywa z malenkim ukluciem, zaraz o nim zapomnialam.
Pojechalismy do IKEA. Zakupy z Anita to przyjemnosc. Jestem w podwojnym szoku, jak nas to nasze najmlodsze dziecko dreczy swoimi dzikimi pomyslami na co dzien przy kazdej mozliwej okazji. Wszyscy zgodnie w restauracji w IKEA spojrzelismy po sobie i rzeklismy, ze zakupy bez Marthy sa takie przyjemne i o ilez latwiejsze. A jednak brakowalo nam jej. Ani jednego jeku, ze bola nogi, ani jednej histerii, ze potrzebuje drzwiczki od szafki z wystawy czy szmatke jako kocyk dla miska. Ani razu nie musialam jej szukac pod mebalami czy wieszakami z posciela. Ze zdumieniem stwierdzilam, ze nie jestem po tych zakupach mokra i radosnie odgarnelam snieg z auta.
Wpadlismy do domu z zamiarem zadzwonienia do dziecka i spytania czy dobrze sie bawi. Ale na progu przywital nas pies z wyraznie skruszona mina, a za nim kataklizm.

Dawno sie chyba tak dobrze nie bawil.

Na podlodze rozsypane, wylizane z torebek ciasta w proszku z mikolajowego prezentu Marthy. Postrzepione torebki, zmazana podloga, poslanie psie pokryte mazia zaplutego lukru. Na dywanie rozciagniete kolorowe cukierki do posypania lukru. Uwinelam sie z usuwaniem sladow psiego przestepstwa. Troche poirutowana, bo mialam organizowac spizarnie, w ktorej wisza nowe szafki. Cisza jak makiem zasial... Moge dlubac w koralikach, moge walnac sie na sofie, moge wreszcie skonczyc odcinek pamietnika o Hawajach, ktorego rozgrzebana kopia od tygodni tkwi w roboczej formie. Mam wieczor dla siebie. Przy koktailu Madras i z psem , ktory rzuca mi co chwile pelne poczucia winy spojrzenia u mych stop.
Siedze i rozmyslam... A wiec tak wyglada zycie z jednym dzieckiem... Zupelnie o nim zapomnialam. Mialm w koncu jego smak w ustach przez cale 5 lat. Zapomnialam jak zycie z jednym dzieckiem wypelnialo mi swiat w przekonaniu, ze zycie z dwojka nie moze byc o wiele trudniejsze. Za zycie z dwojka oddalabym wtedy wszystko lacznie z wlasnym zdrowiem. Wtedy nie pragnelam niczego innego, chcialam, by moja jedynaczka nie czula tej gluchej ciszy, jaka czasem bywa w domu gdzie mieszka tylko jedno dziecko. Taka jak dzis... A dzis? Dzis zapomnialam o tamtym zyciu. Zagoniona, rozerwana wiecznie w roznych kierunkach, a ostatnio calkiem na strzepy, nie mam czasu myslec jak bylo kiedys... Dzis to dar na chwile refleksji. Dar swietego spokoju. Dar przekonujacy mnie o tym, ze wiecznie, w jakis pouczajacy mnie wrednie sposob, daze do tego by moje zycie bylo trudniejsze, dzieki czemu, zupelnie paradoksalnie, staje sie bogatsze i piekniejsze. Piekniejsze o te balaganiarska trzpiotke, ktora robi halasu za dwoje, pokonuje prawa fizyki i stawia dom do gory nogami, przylatuje podekscytowana chowajac za soba male cosik i kaze zamykac mi oczy bo ma dla mnie niespodzianke. Po czym kladzie przede mna wyciete z papieru 7 serc razem zlozonych w piekna totalnie niudolna ale urocza laurke, na kazdym sercu wyznanie i obrazek. Tylko dla mamy...
Wszyscy dzis jestesmy troche zagubieni. Zycie bez integralnej czastki naszej rodziny jest dla nas objawieniem. Uczy nas nowej prawdy o nas samych i o tym jak funkcjonujemy w obliczu jej braku.
Boze, jak nam jej brakuje.
A to jeden wieczor w skali zycia...