Tak wiec zamknelam rozdzial mojego zycia czyli przygode z firma, w ktorej praca w ostatnim czasie stala sie udreka. Nawet sobie nie wyobrazacie jaka masa roznych emocji mna targa. Jestem i smutna i wesola, jestem przybita, ale przebija przeze mnie nadzieja, jestem juz steskniona za ludzmi z pracy, a dopiero ich pozegnalam, ale za wieloma rzeczami nie bede tesknic jak na przyklad podroze do pracy (dzis w sumie 4,5 godziny, bo najpierw snieg, a potem samolot w rzece). Nie jestem zla, nie czuje agresji, ani rozczarowania. Dzis wspolczuje tym, ktorzy zostaja w tej niepewnosci by ratowac to cos, co pozostalo z niegdys wielkiej i wspanialej firmy. Czuje ulge.
Wyslalam pozegnalny e-mail do ludzi, ktorych znalam i zalal mnie taki potok odpowiedzi, podziekowan, slow pocieszenia, slow pokrzepiajacych, slow potwierdzajacych to, co zawsze w glebi ducha wiedzialam, ale nie mialam smialosci tak bezwstydnie przyznac przed soba, slow, ze bylam doskonalym specjalista, swietnym pracownikiem, lubiana osoba i ze nie beda sobie beze mnie dlugo radzic. Jak dobrze odchodzic z poczuciem dobrze spelnionego obowiazku. Choc te pozegnania to troche jak eulogie na pogrzebie...
Wszystko przekazane, moje pliki przeniesione do wspolnego katalogu, paczki do domu spakowane, reszta poszla do smieci.
Daje sobie kilka dni na wyprostowanie calej tej plataniny jaka jeszcze gdzies we mnie siedzi po tymi pozornie wyprasowanymi warstwami gornymi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz