niedziela, 25 kwietnia 2010

Kostaryka cz. 2

Poniedzialek, 5 kwietnia, 2010

Po niepokojacych zapachach nocy, niedospani i niezbyt pewni siebie, wstajemy o bladym swicie ostudzeni z entuzjazmu dla porozy po tropiku, ale zdecydowani, ze nie damy sie naturze.

Obrazek

Obrazek

Drobne zakupy zywnosciowe w okolicznym sklepie, gdzie nic sie nie zmienilo od poprzedniej naszej wizyty, przywoluja wspomnienia i przywracaja dobry humor... :usmiech2: Wciaz wszystko pokryte drogowym kurzem, najlepsza kawa pod sloncem wabi zapachem i pyszne lody z opilkami czekolady sprzedawane w wiaderkach wolaja glosno w swoja strone. Dorodny kalafior (chyba z importu) tez laduje obok ananasow w torbie.

Zar leje sie z nieba, a my rozkoszujemy sie beztroska. Liscie z kalafiora i skorka od banana swietnie nadaja sie na kapelusz dla mlodej boginki.

Obrazek

Mozna tez nimi ukoronowac krola plemiennego. ;)

Obrazek

Blogie lenistwo nad basenem to jest to, czego bylo nam brak przez wiele zimowych miesiecy. Hamakowanie, dreptanie po ogrodzie pelnym tropikalnych okazow, moczenie sie w basenie i rodzinne rozmowy wypelniaja wiekszosc dnia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wyruszam z malzonkiem droga do niedoszlej budowy. Upal jak w piekle - chyba, bo jeszcze nie bylam - spalona sloncem trawa trzeszczy pod stopami, a dech zatyka od goracego powietrza, ktore zdaje sie wirowac przed oczami. Schodzimy do wyschnietego koryta rzeki, po czym decydujemy sie wracac. Na sciezce powrotnej spotykamy krzak marychy. Kontemplujemy przez moment sucha wersje eksperymentalna i odchodzimy smiejac sie rozbawieni.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Popoludniem wizyte skladaja nam wyjce z maluchami. Akrobacje miedzy galeziami prawie bezlistnych lecz kwitnacych drzew przyprawiaja nas o podziw. Jeden z malcow przyczepiony do matki kurczowo probuje diety wegetarianskiej, ale nie wyglada na zachwyconego. Po malpich rysach widac jak malenki jest jeszcze ten malpi potomek. Podrozuje glownie przyczepiony do mamy, ktora zdaje sie go nie zauwazac i skacze z galezi na galaz w poszukiwaniu slodkich pekow kwiatow.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wieczorem wpada do nas jeszcze wielgachna ropucha. Co wieczor korzysta z kapieli w basenie i glosno obwieszcza swoje przybycie. Zupelnie jak prawie 2 lata temu. :usmiech2:

Obrazek

Na dobranoc medytujemy nad modliszkami. Nedzne maja zycie modliszkowi kosmici. :rolf:

Obrazek

Kostaryka, cz. 1

Niedziela, 4 kwietnia, Wielkanoc.

Przed wschodem slonca podjezdza pod dom taksowka, w ktora spragnieni przygod, niedospani z wrazenia, szczesliwi, ze ponownie razem dosiadamy konia podrozniczego, ladujemy bagaze i ruszamy w kierunku lotniska JFK. Lot bez atrakcji uplywa spokojnie, w San Jose ladujemy o 1-szej czasu lokalnego, co daje nam dodatkowe 2 godziny w dobie na podroz do Santa Marta, malej kostarykanskiej wioski polozonej na polwyspie nikojskim.

Droga do Nocoyi trwa dlugo. Brak drog asfaltowych podwaja czas podrozy, przy czym potraja trudy drogowe z powodu rzesiscie rozrzuconych dziur drogowych roznorakiej glebokosci. Skaczemy na dziurach jak koniki polne mimo dobrej amortyzacji w wypozyczonym SUV.

Temperatura na zewnatrz 39 C w cieniu. Po drodze wpadamy po male zakupy i na obiad do przydroznej knajpy. Z poprzednich wizyt w Kostaryce wiemy, iz takie male przydrozne knajpiki serwuja najlepsze lokalne zarcie pod sloncem. I tym razem udaje nam sie dobrze zjesc danie zlozone z ryzu, czarnej fasoli, smazonej w glebokim tluszczu plantany, salsy oraz pieczonej w ogniu wieprzowiny.

Do Santa Marta docieramy popoludniem, zszokowani odmiennym wygladem krajobrazu w suchej porze. Susza panuje wokol taka, zez soczystej zieleni, ktora zapamietalismy z poprzedniego pobytu w porze deszczowej, prawie kompletnie brak. Przyroda kryje sie pod plaszczem wszechobecnego kurzu, a tam, gdzie kurz nie dociera, suche, bezlistne, lecz czasem przepieknie kwitnace drzewa dopelniaja ogolocconego krajobrazu. Suche lasy tropikalne wygladaja smutno i wolaja o deszcz. Jedynie dogladana przez Ramona posiadlosc wyglada jak oaza wsrod pustyni.



Upal, susza, daleka droga i ... chlup!



Wieczorem, przekonani, ze spokojnie zasiadziemy przy tekowym stole na tarasie przy rumie z kola, zaczynamy szykowac kolacje.


 
Dzieci alarmuja, ze odkryly armie mrowek, ktora najwyrazniej obiera kierunek na dom i najezdza nie tylko na taras, ale i na kuchnie, podczas gdy my w poplochu zbieramy wszystko z tarasu i ewakulujemy sie za oszklone sciany domu.


La Casa que Canta wita nas tym razem niegoscinna inwazja czarnych mrowek, ktore wyroily sie z mrowiska i zakrywaja taras na czarno, zaslaniaja okna swoja bojownicza piechota, nacieraja zewszad, w ilosciach jakich trudno opisac. Z przerazeniem obserwujemy ich atak na duzego czarnego skorpiona, ktory sunie po tarasie celujac zadlem jak dzida w piechurow armii i przegrywa walke po chwili. Jego splaszczony bezwladny kadlub lezy na pobojowisku obok cial piechoty mrowek. Raid schowany na takie wypadki w szafce kuchennej pod zlewem przywraca nam pewnosc siebie. Gatunek dominujacy, ludzie, najezdzcy na dziewiczna nature, wygrywaja walke srodkiem owadobojczym. Taras zaslany trupami jak po wojnie...

Noc nie budzi nas oczekiwana piesnia wyjcow, a powonia pozaru, ktora wpada przez wentylatory klimatyzacji. Po wojennej sciezce z mrowkami wydaje nam sie, ze nadal jestesmy w stanie wojny, ze wszystko moze sie zdarzyc w tej suszy... Nie moge zasnac, boje sie, ze sploniemy w srodku tropikalnego lasu i nikt nie bedzie nawet wiedzial kim bylismy.

c.d.n.