Przed wschodem slonca podjezdza pod dom taksowka, w ktora spragnieni przygod, niedospani z wrazenia, szczesliwi, ze ponownie razem dosiadamy konia podrozniczego, ladujemy bagaze i ruszamy w kierunku lotniska JFK. Lot bez atrakcji uplywa spokojnie, w San Jose ladujemy o 1-szej czasu lokalnego, co daje nam dodatkowe 2 godziny w dobie na podroz do Santa Marta, malej kostarykanskiej wioski polozonej na polwyspie nikojskim.
Droga do Nocoyi trwa dlugo. Brak drog asfaltowych podwaja czas podrozy, przy czym potraja trudy drogowe z powodu rzesiscie rozrzuconych dziur drogowych roznorakiej glebokosci. Skaczemy na dziurach jak koniki polne mimo dobrej amortyzacji w wypozyczonym SUV.
Temperatura na zewnatrz 39 C w cieniu. Po drodze wpadamy po male zakupy i na obiad do przydroznej knajpy. Z poprzednich wizyt w Kostaryce wiemy, iz takie male przydrozne knajpiki serwuja najlepsze lokalne zarcie pod sloncem. I tym razem udaje nam sie dobrze zjesc danie zlozone z ryzu, czarnej fasoli, smazonej w glebokim tluszczu plantany, salsy oraz pieczonej w ogniu wieprzowiny.
Do Santa Marta docieramy popoludniem, zszokowani odmiennym wygladem krajobrazu w suchej porze. Susza panuje wokol taka, zez soczystej zieleni, ktora zapamietalismy z poprzedniego pobytu w porze deszczowej, prawie kompletnie brak. Przyroda kryje sie pod plaszczem wszechobecnego kurzu, a tam, gdzie kurz nie dociera, suche, bezlistne, lecz czasem przepieknie kwitnace drzewa dopelniaja ogolocconego krajobrazu. Suche lasy tropikalne wygladaja smutno i wolaja o deszcz. Jedynie dogladana przez Ramona posiadlosc wyglada jak oaza wsrod pustyni.
Upal, susza, daleka droga i ... chlup!
Wieczorem, przekonani, ze spokojnie zasiadziemy przy tekowym stole na tarasie przy rumie z kola, zaczynamy szykowac kolacje.
La Casa que Canta wita nas tym razem niegoscinna inwazja czarnych mrowek, ktore wyroily sie z mrowiska i zakrywaja taras na czarno, zaslaniaja okna swoja bojownicza piechota, nacieraja zewszad, w ilosciach jakich trudno opisac. Z przerazeniem obserwujemy ich atak na duzego czarnego skorpiona, ktory sunie po tarasie celujac zadlem jak dzida w piechurow armii i przegrywa walke po chwili. Jego splaszczony bezwladny kadlub lezy na pobojowisku obok cial piechoty mrowek. Raid schowany na takie wypadki w szafce kuchennej pod zlewem przywraca nam pewnosc siebie. Gatunek dominujacy, ludzie, najezdzcy na dziewiczna nature, wygrywaja walke srodkiem owadobojczym. Taras zaslany trupami jak po wojnie...
Noc nie budzi nas oczekiwana piesnia wyjcow, a powonia pozaru, ktora wpada przez wentylatory klimatyzacji. Po wojennej sciezce z mrowkami wydaje nam sie, ze nadal jestesmy w stanie wojny, ze wszystko moze sie zdarzyc w tej suszy... Nie moge zasnac, boje sie, ze sploniemy w srodku tropikalnego lasu i nikt nie bedzie nawet wiedzial kim bylismy.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz