Po niepokojacych zapachach nocy, niedospani i niezbyt pewni siebie, wstajemy o bladym swicie ostudzeni z entuzjazmu dla porozy po tropiku, ale zdecydowani, ze nie damy sie naturze.
Drobne zakupy zywnosciowe w okolicznym sklepie, gdzie nic sie nie zmienilo od poprzedniej naszej wizyty, przywoluja wspomnienia i przywracaja dobry humor...
Zar leje sie z nieba, a my rozkoszujemy sie beztroska. Liscie z kalafiora i skorka od banana swietnie nadaja sie na kapelusz dla mlodej boginki.
Mozna tez nimi ukoronowac krola plemiennego.
Blogie lenistwo nad basenem to jest to, czego bylo nam brak przez wiele zimowych miesiecy. Hamakowanie, dreptanie po ogrodzie pelnym tropikalnych okazow, moczenie sie w basenie i rodzinne rozmowy wypelniaja wiekszosc dnia.
Wyruszam z malzonkiem droga do niedoszlej budowy. Upal jak w piekle - chyba, bo jeszcze nie bylam - spalona sloncem trawa trzeszczy pod stopami, a dech zatyka od goracego powietrza, ktore zdaje sie wirowac przed oczami. Schodzimy do wyschnietego koryta rzeki, po czym decydujemy sie wracac. Na sciezce powrotnej spotykamy krzak marychy. Kontemplujemy przez moment sucha wersje eksperymentalna i odchodzimy smiejac sie rozbawieni.
Popoludniem wizyte skladaja nam wyjce z maluchami. Akrobacje miedzy galeziami prawie bezlistnych lecz kwitnacych drzew przyprawiaja nas o podziw. Jeden z malcow przyczepiony do matki kurczowo probuje diety wegetarianskiej, ale nie wyglada na zachwyconego. Po malpich rysach widac jak malenki jest jeszcze ten malpi potomek. Podrozuje glownie przyczepiony do mamy, ktora zdaje sie go nie zauwazac i skacze z galezi na galaz w poszukiwaniu slodkich pekow kwiatow.
Wieczorem wpada do nas jeszcze wielgachna ropucha. Co wieczor korzysta z kapieli w basenie i glosno obwieszcza swoje przybycie. Zupelnie jak prawie 2 lata temu.
Na dobranoc medytujemy nad modliszkami. Nedzne maja zycie modliszkowi kosmici.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz