| Wrzesien lapie nas w swoje szkolne szpony prawie sila. Wcale nie mamy ochoty na rozpoczecie nowego roku szkolnego po niezwyklym wakacyjnym rozluznieniu. Zmiany nie sa gotowe na nas ani my nie jestesmy gotowi na zmiany. Ja - matka kwoka - desperacko lapie sie na tym, ze gdzies w glebi duszy mam zakodowane, ze moje mlodsze dziecie jest jeszcze malutka dziewczynka, ktora za nic w swiecie nie powinna maszerowac do szkoly z tornistrem wiekszym od niej. Jest mi zal jej, zal samej siebie, ze tak malo mialysmy tego przedszkolnego czasu we dwie. Wlasciwie nigdy nie mialysmy go we dwie. Bycie mlodszym dzieckiem ma swoje zdecydowane minusy. Zawsze trzeba sie dzielic czyms z kims innym... Budza sie we mnie nowe obawy i watpliwosci, ktore spac nie daja i przyspieszaja niepokojaco rytm serca. Po glowie kraza pytania bez odpowiedzi, typu "a co bedzie jesli..." Nie jestem w stanie wszystkiego przewidziec, o wszystkim pomyslec. A jesli chodzi o dzieci, [b]PANIKUJE[/b]. Panikuje w dodatku calkiem konsekwentnie udzielajac innym mamom w mojej sytuacji wywazonych rad. Jak to jest, ze osobiscie nie umiesz sie zdystansowac od tych samych zagadnien, matko-kwoko? Nawet sie nie spodziewasz, kiedy dzieci kolejny raz zaskocza cie majac sie znacznie lepiej od ciebie, matko-kwoko. Anita przystosowuje sie do nowej szkoly z lagodnym usmiechem i tylko raz daje sie namowic na szczere wyznanie, ze nowa szkola napawa ja zarowno strachem jak i podekscytowaniem przed nieznanym. Martha jak zwykle zaskakuje nas w niesamowity sposob pomagajac nam "niedojdom" przejsc kolejne etapy wlasnego dorastania. Pierwszy niepelny tydzien szkoly nie jest nawet w cwierci zapowiedzia tego, co czeka mnie od strony organizacyjnej. Weekend kompletnie odciaga mnie od rzeczywistosci, nadchodzi nasza wyczekiwana wyprawa ze znajomymi do Bostonu by ogladac prawdziwe wieloryby. Jestesmy pelni nadziei, ze uda nam sie zaobserwowac te olbrzymie ssaki choc z daleka. Centrum Bostonu wita nas swoim pieknem, cisza i... wyludnieniem. Jestesmy w szoku, ze duze miasto moze byc tak ciche w sobotni poranek. Zwiedzamy miasto, do poludnia. Dziewczyny biegaja jak szalone, daja upust swej dzieciecej radosci z wyprawy. Upal i wilgoc daja nam troche w kosc. Kolo poludnia, z ozorami na brodach, lepkie od potu, ale szczesliwe, wsiadamy na statek by zaczac przygode z wielorybami. Tatus spoznia sie na statek bohatersko ganjac w ostatniej chwili po prowiant dla przyschnietych jezykow. Klimatyzacja w kabinie przywraca nas do zycia. Gdy po godzinie rejsu wglab Atlantyku na linii horyzontu pojawia sie pierwszy wystrzal fontanny, wiemy juz, ze bedzie to udane podpatrywanie. Przez nastepna godzine wydajemy z siebie dzikie okrzyki zdumienia, zachwytu i radosci. Po wyprawie udajemy sie do fantastycznej knajpy bostonskiej, ]Union Oyster House, otwartej bez ustanku od 181 lat, gdzie wszyscy dorosli racza sie piwkiem, a cale rowarzystwo dobra morska strawa, siedzac w konskim boksie przerobionym na karczmiana lawe. Kosmita splaszcza swoj nos o sciane i upiera sie, ze po tylu latach wciaz czuc konskie lajno w drewnie. Po obiedzie ganiamy po zabytkowych czesciach miasta, Martha dostaje glupawki wykazujac niesamowity pociag do obcych starszych panow... Nastepny dzien bostonski jest zimny i deszczowy. Pogoda sprzyja rozlazlej obsludze, co powoduje, ze nasze plany na spotkanie z bostonska ciocia biora w leb. Wpadamy niemal biegiem do bostosnkiego akwarium podziwiajac wszystkie formy morskiego zycia. Martha znow zaskakuje mnie bystroscia na widok kopulujacej pary pingwinow oswiadczajac z mina psychologa, ze ta para po prostu sie kocha... ;-) Nawet nie spodziewasz sie, kiedy twoje dziecko wie, matko-kwoko... Wlasnie. Nawet nie spodziewasz sie po tym cudnym weekendzie, ze nowy rok szkolny walnie cie w leb obuchem swej nowo wymaganej reorganizacji tak, ze nakryjesz sie kopytami wlasnego nieoprzygotowania, matko kwoko. Nastepne tygodnie tocza sie raczej nieszczegolnie dla mego kwokowatego ego. :roll: Zbieram doswiadczenia i informacje o tym jak malo wiem jako rasowa matka-kwoka za jaka sie mam. Choc wiem wiecej niz znajome mamy i wiecznie udzielam im informacji, sama czuje sie zaskoczona tym jak dwojka dzieci w szkole stawia zycie do gory nogami. Walcze podswiadomie o rownouprawnienie, ktore sobie wymodzilam we wlasnej glowie. To rownouprawienie odnosi sie do mojej wlasnej koncepcji o tym, co kazdemu dziecku z osobna ode mnie sie nalezy. Znow [b]PANIKUJE[/b], bo nie daje rady wypelnic wlasnych wymagan. Smutne. Reewaluacja postepuje bardzo bolesnie. Moje oczekiwania musza sie zmienic, bo inaczej wszystko misternie wypracowane runie w dol. Dokladnie wtedy, gdy nie spodziewasz sie, matko-kwoko. Bogu dziekuje za weekendy. Dzieki nim moge wyjsc na prosta, cieszyc sie dziecmi nie czujac nacisku obowiazkow. Uparcie daze do sezonowej roznorodnosci. Ruszamy wiec po jablka na farmie i bajeczne dynie. Anita w spokoju naciaga na siebie nowa bluze, na ktora z kolei wlasnie naciagnela mnie. Zaczyna sie okres szmat i dziewczecych drobiazgow, bez ktorych zycie przednastolatki traci barwy. ;-) A nowa bluza barw dodaje nie tylko zyciu, ale i oczom mojej dorastajacej cory. Przednatolatka ma w sobie mnostwo pewnosci siebie. To nieoczekiwana zmiana. Cieszy mnie i przeraza. Martha ma w nosie takie przyziemne sprawy, wciaz bardzo przylepiona do mnie robi wszystko by zadowolic innych, by zadowolic siebie. Radosnie zrywa jablka przy kazdym pytajac czy ladne, dobre, szukajac potwierdzenia u matki-kwoki. Napchane jablkami, wciaz przezuwajace, dziewczyny biegna po wymarzone dynie. Jedna rzuca sie z zapalem podrywajac dynie jakby mialo ich zaraz zabraknac, gdy druga ze stoickim spokojem oddaje sie konsumpcji nastepnego jablka... Rudy pyl sypie sie na nas z pol otaczajacych farme, ale jest nam dobrze. Anita wyprobowuje czy stary slonecznik poleje ja prysznicem ziaren, a Marthasek poswieca sie zabiegom upiekszajacym. Ktokolwiek kiedykolwiek wymyslil, ze utrzymanie rownowagi miedzy praca zawodowa, a domem jest mozliwe, chyba upadl na leb, albo musial byc facetem. Albo nie miec dwojki dzieci w szkole. Pffff!!! Bo dla mnie to ciagla walka o rownowage, a nie zadna rownowaga. Walka jednak warta kazdej minuty. Patrz na te pare dzieci, mysle sobie, i rozkoszuj sie zludna rownowaga, bo nawet sie nie spodziewasz, ze za zakretem czeka by cie zaskoczyc nastepna zmiana, matko-kwoko. Wreszcie nadchodzi ten dzien, kiedy zawsze przysiadam przy starym albumie, przegladam zdjecia i rozmyslam o tym, ze nawet nie spodziewalam sie, ze pojawienie sie w naszym zyciu malej Biedroneczki 5 lat temu tak nasze zycie pozytywnie, aczkolwiek w sposob nie bez wyzwan zmieni. Marthasek konczy 5 lat. I znow siegam do starych odcinkow pamietnika (2004, 2005, 2006) by posmakowac kazdych minionych urodzin, bo kazde byly inne i nowe. Te tez sa nowe. Z nowa, starsza, madrzejsza twarza pieciolatki w roli glownej. I jak co roku, porywam sie za cos, co w moim mniemaniu ma byc specjalne dla solenizantki. Nie kazdego roku jest to to samo, ale tak samo konczy sie: nieklamana satysfakcja i jednoczesnie frustracja, ze chyba na glowe upadlam myslac, ze zajmie mi to 5 minut. Z upartoscia maniaka odmawiam widac wkucia tej jednej lekcji w zyciu i lapie sie tym razem... za tort. Za to juz wykuta mam lekcje by urodzin dla dzieci starszycvh absolutnie w domu nie wyprawiac, bo grozi spustoszeniem i stratami materialnymi. ;-) Place wiec takim, ktorzy spustoszenie witaja z usmiechem, na wstepie kaza dzieciakom glosno sie drzec i duzo skakac i wariowac. Dziewczyny pluszaki kochaja bez reszty, zabawa jest super, a jubilatka walczy by zachowac powage zagryzajac usta, bo wydaje jej sie, ze jest juz taka dorosla. Dzieciaki bawia sie intensywnie 2 godziny albo w kolku, albo kolejno pojedynczo napelniajac zyciem swych pluszowych przyjacieli. Nikt nie marnuje okazji do uciechy, zachet im nie potrzeba, zwlaszcza do szalenstwa z rowianymi wlosami. Marthasek czuje sie swietnie w centrum tego radosnego zainteresowania. Gdy nowi przyjaciele sa gotowi, zabawa nie konczy sie. Pora na dalsze krzyki i zabawy ku uciesze rodzicow i przechodniow. Cale centrum handlowe, w ktorym znajduje sie fabryka miskow, slyszy, ze Marthasek ma urodziny. Kulminacyjnym punktem jest tortowa powtorka. Dzieciaki sa polzywe, ale dzienie pomagaja dmuchac swieczki. Szczescie w zmeczonych oczach, radosc gosci, dobry, mocny sen w domu... Ech, nawet nie spodziewalas sie, ze zycie bedzie wciaz dawac ci i dawac takie chwile radosci za kazde chwile niemilego zaskoczenia, matko-kwoko. :P |
poniedziałek, 10 września 2007
Nawet nie spodziewasz sie
piątek, 7 września 2007
Migawki z ziemi ojcow
| Polskie morze i jeziora Dziewczyny ruszaja z tata do Polski. Bez mamy, bez psa i bez oporow. Doskonale przystosowuja sie do nowych sytuacji, szokuja nas swoja elastycznoscia i zachwytem nad wszystkim co nowe i nieznajome.Polskie morze zachwyca ich piachem i nadzieja na bursztyny. Niestety pogoda nie dopisuje, jest zimno i chwilami polewa. Udaje sie jednak zaliczyc plaze, statek, dobre smazone ryby i wiele inych atrakcji. Znad morza towarzystwo rusza na Mazury z nadzieja zaliczenia splywu kajakowego Kurtynia. Niestety znow w droge wchodzi brak pogody. Dziewczyny wypelniaja sobie czas wloczega z tata po urokliwych polskich nizinach i zbieraniem ogromnej ilosci slimakow. Regularnie dostaje doniesienia telefoniczne, ze sukcesywnie rodzina powieksza sie o 30 osobnikow. ;-) Warszawa na krotko Towarzystwo rozhulane i brudne melduje sie na chwile w stolicy. Walizy przepakowane, sprzet turystyczny zdeponowany w piwnicy wuja, auto po brzegi wypchane wszystkim, co moze przydac sie na wsi i w gorach. Jest jednak chwila by na Starowce zaliczyc lody w ulubionej lodziarni. Gory Swietokrzyskie Dzieciki spedzaja leniwy tydzien u prababci, bestrosko brykajac miedzy konmi, krowami, psem na lancuchu, ktory slucha ich jak wlasne panie oraz golebiami pocztowymi. Wlos rozwiany jako, ze same nie dbaja, tata udaje, ze nie umie, babcia z Kanady nie ma pojecia, a matki brak. ;-) Dobijam do nich po 2 tygodniach ich szczesliwej beztroski, steskniona i niechetna by wprowadzac jakakolwiek dyscypline. Odkrywam, ze zgroza, ze kobiety w rodzinie dopuscily sie paru niecnych czynow. ;-P Martha laduje paluch w kostke masla i z luboscia oblizuje te mase tluszczu jak najlepszy przysmak oswiadczajac mi, ze w domu tez bedzie je tak wlasnie jadla, a juz najlepiej to na bialej bulce. Wcina tez rzeczy, ktore sa w domu zakazane. Anita podpasiona klepie sie po sterczacym brzuchu i stwierdza, ze zapisze sie na silownie z tata i mama, ale... po powrocie z wakacji. Fajnie jest. Tymczasowo. :-D Generalnie, gdziekolwiek sie nie udajemy, zarcie jest nieziemskie, a apetyty smocze. Czasem mi wstyd, bo dzieci wygladaja, jakby w Ameryce chleba z maslem im brakowalo. ;-P Zaleglosci kajakowe nadrabiamy w Pinczowie. Od babci, tluczemy sie po waskich drozkach, waskim autem, poszerzajac horyzonty myslowe mlodego pokolenia. Wakacje jak te to super lekcja historii dla nas wszystkich. I lekcja pokory. I lekcja jezyka. Same plusy. Kopalnia, Mickiewicz i skarbonka Wyruszamy do Krakowa na spotkanie z FM-kami. Zanim jednak doceiramy tam, ladujemy w kopani soli w Bochni. Dziewczyny przylapane na organoleptycznym poznawaniu soli kamiennej na scianach kopani bezwstydnie szczerza zeby. Sluchaja tez uwaznie opowiadan przewodnika podstawiajac glowy pod kapiace krople solanki, by jak opowiesc glosi, zdobyc w przyszlosci nagrody Nobla. ;-D Krakow jest piekny. Cwalujemy pod pomnik Mickiewicza by na krotko spotkac sie z Michalem, Anity przyjacielem z USA, ktory spedza wakacje u babci w Krakowie. Dzieciaki okupuja bezczelnie pomnik, a mi przypominaja sie stare czasy, kiedy uczyli nas szacunku do staregow ieszcza. Mam wyrzuty sumienia, sciagam te pseudo-golebie z pomnika i gnamy na pizze. Krotko potem znow gnamy na rynek. Tym razem pod skarbonke. Spedzamy przemily wieczor z krakowskimi FM-kami. Mama, ten Smok Wawelski to rip-off! Tak zdegustowana Anita orzeka na koniec wycieczki po Wawelu. :x Jest mi wstyd za nia, bo to takie niepatriotyczne stwierdzenie. Dziecko, szczere do bolu dodam, spodziewalo sie giganta w stylu dinozaura z amerykanskiego muzeum, a tu calkiem zgrabna metalowa figurka smoka nie dorosla do jej wygorowanych wyobrazen. Oliwy do ognia dodaje fakt, ze smok zieje na zamowienie, ale tak krotko, ze nie ma sznas na pstrykniecie przyzwoitego zdjecia. A do tego tloczno, wszyscy sie gapia, chyba nie wypada sie wdrapac. ;-) Martha natomiast jest zachwycona i z innymi jak ona nieokrzesanymi turystami wspina sie na podium. 8) Czestochowskie przyjemnosci Gubimy sie. Ciagle i bez sensu. Nie ma znakow, albo sa znaki zbedne. Takie jak "uwaga koleiny". Albo takie jak "uwaga wypadki". A panowie od napraw drog stoja i gapia sie z zaduma w niebo. Dziewczyny pokazuja ich palcami zdziwione, ze stoja i nie pracuja, a drogi pozamykane. Czestochowa wita nas jednak przyjaznie. Docieramy na Jasna Gore i przepadamy w morzu ludzi rzadko znajdujac kawalek ziemi tylko dla siebie. Tylko Martha zdaje sie nie wyczuwac jeszcze magii tego miejsca. Biega podniecona ze swoim przyjacielem Beagle jakby byla na kolejnym placu zabaw... A potem znow gubimy sie. Juz z wlasnej winy. Za to gy docieramy na miejsce czestochowskiego spotkania, otwiera sie przed nami raj na ziemi. Raj z aniolami wzrostu od pol metra do dwoch. Wieczor przy kielbaskach i lakociach jest niesamowity. Dzdzystym rankiem, o bladym dosc swicie, po ogrodzie rusza radosnie kapela. Widok nie do pobicia, ale cieszymy sie, ze okna nie przepuszczaja dzwieku, bo porykiwanie jest frapujace. Odjezdzamy z ogromnym zalem. Dzieczyny sa zachwycone. Obdarowane rozami przez malego mezczyzne, czuja sie jak prawdziwe kobiety. To nic, ze tak nieromantycznie na buziach prezentuja okruchy przylepione na maslo. Ruszamy Szlakiem Orlich Gniazd i zaliczamy ciekawe miejsca. Dziewczyny wyobrazaja sobie dawne czasy, podczas gdy ja i kosmita oddychamy z ulga, ze nie zyjemy w tamtych okrutnych czasach. Dzieciaki maja ochote na spedzenie wieczoru z duchami w ruinach zamku w Ogrodziencu, ale przed nami jeszcze daleka droga. Zaliczamy kilka ruin i skansenow w drodze do Zakopanego. Zakopianskie chmury Oprocz nich niestety niewiele udaje nam sie zobaczyc w Tatrach. Ba! Tatr w ogole nie widac. Przez wszystkie dni pobytu leje jak z cebra. Udaje nam sie wykrasc na wycieczke w Dolinie Koscieliskiej. Ale wracamy przemoczeni do cna. Pelni wrazen jakie przysparza nam spacer wsrod mokrych kamieni i ziol gorskich. Wracam do tych zapachow w myslach. To zapachy z najszczesliwszych chwil mojego dziecinstwa. Za to Krupowki otwieraja przed nami przytulne knajpki z dobrym jadlem. I dostepem do techniki jakiego brak wszedzie indziej. Jest man bardzo dobrze mimo deszczu. A wieczorami zazywamy rozrywek u gazdziny. Najbardziej szaleja ci, ktorzy miodu pitnego nawet nie powachali. Warszawo witaj na dluzej Siegamy ostatniego etapu naszych wojazy. Wracamy do korzeni. Warszawa jest tym miejscem dla nas, doroslych, gdzie czujemy sie prawie jak w domu. Poza tym, ze jednak wciaz w Polsce czujemy sie turystami. Wpadamy tu i owdzie, radujac oczy zakatkami z dziecinstwa, odkrywajac jak wiele sie zmienilo. Dla Anity niektore miejsca sa juz znajome, dla Marthy wszystko wyglada jak nowe. Nie pamieta nic z poprzedniego pobytu gdy miala ledwie dwa lata. Spotkania z przyjaciolmi i z rodzina sa zbyt krotkie. Czujemy niedosyt. Ale czujemy tez dume. Dziewczyny maja szanse dowiedziec sie z jak pieknego swiata pochodzimy. Radosnie planuja juz nastepne lato w Polsce. Ukradkiem slimacze sie gdzies miedzy Rynkiem, a Barbakanem, na mysl o powrocie do domu. Rozerwana, nienasycona, a jednoczesnie przejedzona i przegrzana, chcialabym miec to przyslowiowe ciacho i jednoczesnie pozrec je. Dzieciom dac to, czego sama nie mialam. I cieszysc sie zastepczo ich wrazeniami, przyjmujac, ze podobnie odczuwalabym taka sama radosc z zycia jak one. Jest tak, jak powinno byc w zyciu. Niebawem wrocimy w te piekne miejsca starsi i z nowymi oczekiwaniami. A dzieci spytane, co im najbardziej smakowalo w Polsce znow zgodnie krzykna: MASLO I BULKA! |
Subskrybuj:
Posty (Atom)