poniedziałek, 10 września 2007

Nawet nie spodziewasz sie

Wrzesien lapie nas w swoje szkolne szpony prawie sila. Wcale nie mamy ochoty na rozpoczecie nowego roku szkolnego po niezwyklym wakacyjnym rozluznieniu. Zmiany nie sa gotowe na nas ani my nie jestesmy gotowi na zmiany. Ja - matka kwoka - desperacko lapie sie na tym, ze gdzies w glebi duszy mam zakodowane, ze moje mlodsze dziecie jest jeszcze malutka dziewczynka, ktora za nic w swiecie nie powinna maszerowac do szkoly z tornistrem wiekszym od niej.
Jest mi zal jej, zal samej siebie, ze tak malo mialysmy tego przedszkolnego czasu we dwie. Wlasciwie nigdy nie mialysmy go we dwie. Bycie mlodszym dzieckiem ma swoje zdecydowane minusy. Zawsze trzeba sie dzielic czyms z kims innym...
Budza sie we mnie nowe obawy i watpliwosci, ktore spac nie daja i przyspieszaja niepokojaco rytm serca. Po glowie kraza pytania bez odpowiedzi, typu "a co bedzie jesli..." Nie jestem w stanie wszystkiego przewidziec, o wszystkim pomyslec. A jesli chodzi o dzieci, [b]PANIKUJE[/b]. Panikuje w dodatku calkiem konsekwentnie udzielajac innym mamom w mojej sytuacji wywazonych rad. Jak to jest, ze osobiscie nie umiesz sie zdystansowac od tych samych zagadnien, matko-kwoko?

Nawet sie nie spodziewasz, kiedy dzieci kolejny raz zaskocza cie majac sie znacznie lepiej od ciebie, matko-kwoko. Anita przystosowuje sie do nowej szkoly z lagodnym usmiechem i tylko raz daje sie namowic na szczere wyznanie, ze nowa szkola napawa ja zarowno strachem jak i podekscytowaniem przed nieznanym. Martha jak zwykle zaskakuje nas w niesamowity sposob pomagajac nam "niedojdom" przejsc kolejne etapy wlasnego dorastania.

Pierwszy niepelny tydzien szkoly nie jest nawet w cwierci zapowiedzia tego, co czeka mnie od strony organizacyjnej.
Weekend kompletnie odciaga mnie od rzeczywistosci, nadchodzi nasza wyczekiwana wyprawa ze znajomymi do Bostonu by ogladac prawdziwe wieloryby. Jestesmy pelni nadziei, ze uda nam sie zaobserwowac te olbrzymie ssaki choc z daleka.
Centrum Bostonu wita nas swoim pieknem, cisza i... wyludnieniem. Jestesmy w szoku, ze duze miasto moze byc tak ciche w sobotni poranek. Zwiedzamy miasto, do poludnia. Dziewczyny biegaja jak szalone, daja upust swej dzieciecej radosci z wyprawy.

Upal i wilgoc daja nam troche w kosc. Kolo poludnia, z ozorami na brodach, lepkie od potu, ale szczesliwe, wsiadamy na statek by zaczac przygode z wielorybami.

Tatus spoznia sie na statek bohatersko ganjac w ostatniej chwili po prowiant dla przyschnietych jezykow. Klimatyzacja w kabinie przywraca nas do zycia. Gdy po godzinie rejsu wglab Atlantyku na linii horyzontu pojawia sie pierwszy wystrzal fontanny, wiemy juz, ze bedzie to udane podpatrywanie.

Przez nastepna godzine wydajemy z siebie dzikie okrzyki zdumienia, zachwytu i radosci.



Po wyprawie udajemy sie do fantastycznej knajpy bostonskiej, ]Union Oyster House, otwartej bez ustanku od 181 lat, gdzie wszyscy dorosli racza sie piwkiem, a cale rowarzystwo dobra morska strawa, siedzac w konskim boksie przerobionym na karczmiana lawe. Kosmita splaszcza swoj nos o sciane i upiera sie, ze po tylu latach wciaz czuc konskie lajno w drewnie.

Po obiedzie ganiamy po zabytkowych czesciach miasta, Martha dostaje glupawki wykazujac niesamowity pociag do obcych starszych panow...


Nastepny dzien bostonski jest zimny i deszczowy. Pogoda sprzyja rozlazlej obsludze, co powoduje, ze nasze plany na spotkanie z bostonska ciocia biora w leb. Wpadamy niemal biegiem do bostosnkiego akwarium podziwiajac wszystkie formy morskiego zycia.



Martha znow zaskakuje mnie bystroscia na widok kopulujacej pary pingwinow oswiadczajac z mina psychologa, ze ta para po prostu sie kocha... ;-) Nawet nie spodziewasz sie, kiedy twoje dziecko wie, matko-kwoko...

Wlasnie. Nawet nie spodziewasz sie po tym cudnym weekendzie, ze nowy rok szkolny walnie cie w leb obuchem swej nowo wymaganej reorganizacji tak, ze nakryjesz sie kopytami wlasnego nieoprzygotowania, matko kwoko.

Nastepne tygodnie tocza sie raczej nieszczegolnie dla mego kwokowatego ego. :roll: Zbieram doswiadczenia i informacje o tym jak malo wiem jako rasowa matka-kwoka za jaka sie mam. Choc wiem wiecej niz znajome mamy i wiecznie udzielam im informacji, sama czuje sie zaskoczona tym jak dwojka dzieci w szkole stawia zycie do gory nogami. Walcze podswiadomie o rownouprawnienie, ktore sobie wymodzilam we wlasnej glowie. To rownouprawienie odnosi sie do mojej wlasnej koncepcji o tym, co kazdemu dziecku z osobna ode mnie sie nalezy. Znow [b]PANIKUJE[/b], bo nie daje rady wypelnic wlasnych wymagan. Smutne. Reewaluacja postepuje bardzo bolesnie. Moje oczekiwania musza sie zmienic, bo inaczej wszystko misternie wypracowane runie w dol. Dokladnie wtedy, gdy nie spodziewasz sie, matko-kwoko.

Bogu dziekuje za weekendy. Dzieki nim moge wyjsc na prosta, cieszyc sie dziecmi nie czujac nacisku obowiazkow.
Uparcie daze do sezonowej roznorodnosci. Ruszamy wiec po jablka na farmie i bajeczne dynie. Anita w spokoju naciaga na siebie nowa bluze, na ktora z kolei wlasnie naciagnela mnie. Zaczyna sie okres szmat i dziewczecych drobiazgow, bez ktorych zycie przednastolatki traci barwy. ;-)

A nowa bluza barw dodaje nie tylko zyciu, ale i oczom mojej dorastajacej cory.

Przednatolatka ma w sobie mnostwo pewnosci siebie. To nieoczekiwana zmiana. Cieszy mnie i przeraza.
Martha ma w nosie takie przyziemne sprawy, wciaz bardzo przylepiona do mnie robi wszystko by zadowolic innych, by zadowolic siebie. Radosnie zrywa jablka przy kazdym pytajac czy ladne, dobre, szukajac potwierdzenia u matki-kwoki.

Napchane jablkami, wciaz przezuwajace, dziewczyny biegna po wymarzone dynie.

Jedna rzuca sie z zapalem podrywajac dynie jakby mialo ich zaraz zabraknac, gdy druga ze stoickim spokojem oddaje sie konsumpcji nastepnego jablka...

Rudy pyl sypie sie na nas z pol otaczajacych farme, ale jest nam dobrze. Anita wyprobowuje czy stary slonecznik poleje ja prysznicem ziaren, a Marthasek poswieca sie zabiegom upiekszajacym.

Ktokolwiek kiedykolwiek wymyslil, ze utrzymanie rownowagi miedzy praca zawodowa, a domem jest mozliwe, chyba upadl na leb, albo musial byc facetem. Albo nie miec dwojki dzieci w szkole. Pffff!!!

Bo dla mnie to ciagla walka o rownowage, a nie zadna rownowaga.

Walka jednak warta kazdej minuty. Patrz na te pare dzieci, mysle sobie, i rozkoszuj sie zludna rownowaga, bo nawet sie nie spodziewasz, ze za zakretem czeka by cie zaskoczyc nastepna zmiana, matko-kwoko.

Wreszcie nadchodzi ten dzien, kiedy zawsze przysiadam przy starym albumie, przegladam zdjecia i rozmyslam o tym, ze nawet nie spodziewalam sie, ze pojawienie sie w naszym zyciu malej Biedroneczki 5 lat temu tak nasze zycie pozytywnie, aczkolwiek w sposob nie bez wyzwan zmieni.

Marthasek konczy 5 lat.

I znow siegam do starych odcinkow pamietnika (2004, 2005, 2006) by posmakowac kazdych minionych urodzin, bo kazde byly inne i nowe.

Te tez sa nowe. Z nowa, starsza, madrzejsza twarza pieciolatki w roli glownej.

I jak co roku, porywam sie za cos, co w moim mniemaniu ma byc specjalne dla solenizantki. Nie kazdego roku jest to to samo, ale tak samo konczy sie: nieklamana satysfakcja i jednoczesnie frustracja, ze chyba na glowe upadlam myslac, ze zajmie mi to 5 minut. Z upartoscia maniaka odmawiam widac wkucia tej jednej lekcji w zyciu i lapie sie tym razem... za tort.
Za to juz wykuta mam lekcje by urodzin dla dzieci starszycvh absolutnie w domu nie wyprawiac, bo grozi spustoszeniem i stratami materialnymi. ;-)

Place wiec takim, ktorzy spustoszenie witaja z usmiechem, na wstepie kaza dzieciakom glosno sie drzec i duzo skakac i wariowac.

Dziewczyny pluszaki kochaja bez reszty, zabawa jest super, a jubilatka walczy by zachowac powage zagryzajac usta, bo wydaje jej sie, ze jest juz taka dorosla.

Dzieciaki bawia sie intensywnie 2 godziny albo w kolku, albo kolejno pojedynczo napelniajac zyciem swych pluszowych przyjacieli.
Nikt nie marnuje okazji do uciechy, zachet im nie potrzeba, zwlaszcza do szalenstwa z rowianymi wlosami.

Marthasek czuje sie swietnie w centrum tego radosnego zainteresowania.

Gdy nowi przyjaciele sa gotowi, zabawa nie konczy sie.

Pora na dalsze krzyki i zabawy ku uciesze rodzicow i przechodniow. Cale centrum handlowe, w ktorym znajduje sie fabryka miskow, slyszy, ze Marthasek ma urodziny.

Kulminacyjnym punktem jest tortowa powtorka. Dzieciaki sa polzywe, ale dzienie pomagaja dmuchac swieczki.

Szczescie w zmeczonych oczach, radosc gosci, dobry, mocny sen w domu... Ech, nawet nie spodziewalas sie, ze zycie bedzie wciaz dawac ci i dawac takie chwile radosci za kazde chwile niemilego zaskoczenia, matko-kwoko. :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz