Wylatujemy w sobote.
Podroz samolotem jest bezplciowa, wszyscy wlepiamy sie w ekrany ogladajac nasze ulubione filmy. W San Jose czeka nas przykra niespodzianka. Firma, ktora jeszcze poprzedniego dnia potwierdzila rezerwacje samochodu, nie ma dla nas auta. Twierdza, ze bylo o 10-tej rano, a teraz jest 15-ta.
To nie koniec przygod.
Durna Zuzia (sorry Zuza), nasza nawigacja, ktora tak czule ochrzcil moj tesc, gubi droge asfaltowa gdzies za Nicoya. Zaznaczone ma w opcjach, ze drogi niebrukowane ma omijac, ale uparcie pokazuje nam trase przez wertepy.
a) moze byc gleboko
b) moga plywac krokodyle lub piranie
c) nie widac brzegu.
Zawracamy zrezygnowani z postanowieniem, ze znajdziemy hotel w Nicoyi i odnajdziemy trase o poranku. 100 metrow przed nami pojawia sie Jeep. Macham do czlowieka za kierownica pytajac sie czy nie zna drogi. Wskazuje nam droge przez rzeke wzruszajac ramionami: "Rzeka? To nie problem. Po prostu przejedzcie przez nia. Pokaze wam jak. Jedzcie za mna."
Wreszcie jest znak na Nosare. Od Nosary ma nas do oddalonej o 2 km Santa Marty doprowadzic agentka, ktora posredniczyla w wynajmie domu. Za pomoca niezwykle milych tubylcow, juz blisko 23-ciej, dodzwaniamy sie do Silvii. Pojawia sie w tych przerazajacych ciemnosciach w wypasionym jak na warunki kostarykanskie SUV, rozesmiana, piekna, zadbana mloda dziewczyna. Totalnie zdziwiona, ze jednak dotarlismy na miejsce o tak poznej godzinie.
Po 10 minutach jestesmy w Santa Marta. Przed nami rysuje sie w ciemnosciach La Casa Que Canta czyli Dom, Ktory Spiewa. Na razie nam nic nie spiewa.
Jak sie potem okazuje, mamy je za co kochac. Pozeraja tony zwabionego swiatlem robactwa z okalajacego nas lasu tropikalnego tworzac zgrana druzyne z iguanami i gekonami.
Padamy jak kawki na lozkach nie rozgladajac sie zbytnio wokol. O 4-tej rano dopiero cos zaczyna spiewac.
Sa ostrozne, ale cudownie gada im sie z moim pohukujacym w ich tonie
La Casa Que Canta jest czarujacym domem.
Do domu prowadzi kamienna sciezka wsrod tropikalnej roslinnosci. Nad sciezka czesto dyndaja mlode malpy obrzucajac trawe nadgryzionymi owocami.
Siedziba glowna to kuchnia polaczona z salonem, wielka lazienka, sypialnia oraz antresola z sypialnia dla dzieci, do ktorej prowadza schody z galezi.
Posilki jemy na zewnatrz, przy ciezkim tekowym stole. Nie jestem w stanie przesunac tekowych krzesel bez narazania sie na uszkodzenia.
Tu dom od strony basenu. Wiekszosc drewna to tekowe dechy, figowe galezie oplecione wokol palmowych pni.
Martha prosto z lozka wskakuje w kostium. Nie marnujac czasu leci sprawdzic czy ropuchy sobie poszly.
Z tarasu lub basenu roztacza sie widok na Pacyfik.
Za kladka jest druga rezydencja, domek goscinny. W sam raz dla moich tesciow.
W la Casa Que Canta spedzamy cudowny tydzien. O tym, co robimy podczas tego tygodnia wsrod cykad, ropuch, iguan, malp, oliwkowych zolwi morskich, oraz tropikalnego lasu w nastepnej czesci.