poniedziałek, 11 sierpnia 2008

La Casa Que Canta - I.

Postanowilam opisac nasze letnie podroze w kilku czlonach. Duuzo wrazen, sporo przygod. Ale moze od poczatku...

Wylatujemy w sobote.

Obrazek

Podroz samolotem jest bezplciowa, wszyscy wlepiamy sie w ekrany ogladajac nasze ulubione filmy. W San Jose czeka nas przykra niespodzianka. Firma, ktora jeszcze poprzedniego dnia potwierdzila rezerwacje samochodu, nie ma dla nas auta. Twierdza, ze bylo o 10-tej rano, a teraz jest 15-ta. :szok: Wiedziweli, ze nasz samolot przylatuje o okreslonej godzinie, ale chyba to ich diabelny plan. Oddali nasz pojazd komus innemu. Targuja sie i kombinuja. Proponuja nam inny, dwa razy drozszy. :diabel: Udaja skrajnych idiotow, maja gdzies to, ze mamy przed soba jeszcze 5 godzin jazdy na wybrzeze. Proponujemy im by sie poszli pasc i kazemy odwiezc nas na lotnisko. Kierowca okazuje sie znanym nam z poprzedniej podrozy Kubanczykiem, ktory uciekl z Kuby na tratwie. Proponuje nam znalezienie innego auta twierdzac, ze ma sporo znajomych w branzy. Przystajemy na propozycje, ale po 30 minutach krazenia po San Jose zdecydowanie mowie mu by nas wiozl na lotnisko. Mam wrazenie, ze to czesc ich gry, zmeczyc nas, by potem latwiej wyzyskac. Jestem wsciekla, nie kryje zlosci, po czesci na :kosmita: , ktory uparl sie na te firme, bo lokalna i ma dobra flote, a do tego juz ja raz sprawdzilismy. Akurat mijamy miedzynarodowa wypozyczalnie Tricolor. Kaze Kubanczykowi wjechac na ich parking. Poczekac az sie dowiemy, czy maja auta na nasze potrzeby. Okazuje sie, ze mamy szczescie. Kubanczyk odjezdza wsciekly. Zalatwiamy wszystko w krotkim czasie, ladujemy sie do troche za malego na nasze bagaze auta, ale szczesliwi, ze jest szansa na dotarcie do Nosary przed mrokiem.

To nie koniec przygod. :x

Durna Zuzia (sorry Zuza), nasza nawigacja, ktora tak czule ochrzcil moj tesc, gubi droge asfaltowa gdzies za Nicoya. Zaznaczone ma w opcjach, ze drogi niebrukowane ma omijac, ale uparcie pokazuje nam trase przez wertepy. :rwiewlosy: Wszyscy sa zmeczeni. Glodni. Zli. Robi sie ciemno. Do rezygnacji doprowadza nas ciemna jak przepasc rzeka, ktora tarasuje nam droge. Jacek chce ruszyc wplaw, wszystkie cztery kobiety histerycznie dra sie, ze sa przeciw, bo tam :

a) moze byc gleboko
b) moga plywac krokodyle lub piranie
c) nie widac brzegu.

Zawracamy zrezygnowani z postanowieniem, ze znajdziemy hotel w Nicoyi i odnajdziemy trase o poranku. 100 metrow przed nami pojawia sie Jeep. Macham do czlowieka za kierownica pytajac sie czy nie zna drogi. Wskazuje nam droge przez rzeke wzruszajac ramionami: "Rzeka? To nie problem. Po prostu przejedzcie przez nia. Pokaze wam jak. Jedzcie za mna." :smiech: Potem krazymy jeszcze po polnych drogach, na ktorych od czasu do czasu pojawiaja sie w swiatlach auta krowy, cielaki, rozwalone jak dlugie psy z okolicznych wiosek, rowerzysci bez swiatel, iguany oraz kury. :usmiech2:

Wreszcie jest znak na Nosare. Od Nosary ma nas do oddalonej o 2 km Santa Marty doprowadzic agentka, ktora posredniczyla w wynajmie domu. Za pomoca niezwykle milych tubylcow, juz blisko 23-ciej, dodzwaniamy sie do Silvii. Pojawia sie w tych przerazajacych ciemnosciach w wypasionym jak na warunki kostarykanskie SUV, rozesmiana, piekna, zadbana mloda dziewczyna. Totalnie zdziwiona, ze jednak dotarlismy na miejsce o tak poznej godzinie.

Po 10 minutach jestesmy w Santa Marta. Przed nami rysuje sie w ciemnosciach La Casa Que Canta czyli Dom, Ktory Spiewa. Na razie nam nic nie spiewa. ;) Za to przy basenie witaja nas mieszkanki zarosli i jak sie potem okazuje, jednej z fontann. Ropuchy maja chyba po pol kilo wagi, sa tluste, na swoj sposob piekne, choc niejednemu moga wydac sie odrazajace.

Obrazek

Jak sie potem okazuje, mamy je za co kochac. Pozeraja tony zwabionego swiatlem robactwa z okalajacego nas lasu tropikalnego tworzac zgrana druzyne z iguanami i gekonami.

Padamy jak kawki na lozkach nie rozgladajac sie zbytnio wokol. O 4-tej rano dopiero cos zaczyna spiewac. :wysmiewa: To cos, to stado malp zamieszkujace okoliczne drzewa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Sa ostrozne, ale cudownie gada im sie z moim pohukujacym w ich tonie :kosmita: . Dwa samce ryczace coraz glosniej, jeden z pomostu, drugi z drzewa, wlasciwie brzmia identycznie. :smiech:

La Casa Que Canta jest czarujacym domem.

Do domu prowadzi kamienna sciezka wsrod tropikalnej roslinnosci. Nad sciezka czesto dyndaja mlode malpy obrzucajac trawe nadgryzionymi owocami. :usmiech2:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Siedziba glowna to kuchnia polaczona z salonem, wielka lazienka, sypialnia oraz antresola z sypialnia dla dzieci, do ktorej prowadza schody z galezi. :usmiech2:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Posilki jemy na zewnatrz, przy ciezkim tekowym stole. Nie jestem w stanie przesunac tekowych krzesel bez narazania sie na uszkodzenia. :smiech:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu dom od strony basenu. Wiekszosc drewna to tekowe dechy, figowe galezie oplecione wokol palmowych pni.

Obrazek

Martha prosto z lozka wskakuje w kostium. Nie marnujac czasu leci sprawdzic czy ropuchy sobie poszly. :usmiech2:

Obrazek

Z tarasu lub basenu roztacza sie widok na Pacyfik.

Obrazek

Za kladka jest druga rezydencja, domek goscinny. W sam raz dla moich tesciow. :)

Obrazek

W la Casa Que Canta spedzamy cudowny tydzien. O tym, co robimy podczas tego tygodnia wsrod cykad, ropuch, iguan, malp, oliwkowych zolwi morskich, oraz tropikalnego lasu w nastepnej czesci. :usmiech2:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz