piątek, 2 września 2005

Kanada syropem klonowym plynaca czyli urlopowe szalenstwa

Say „cheese”!
"Mamo, czy moge miec swoj aparat fotograficzny?" - pyta moje starsze dziecko. Jasne, stwierdza tatus i nastepnego dnia jestesmy juz wszyscy obcykani na wszystkie strony. Wyprawy w plener dostarczaja nowych obiektow, filmy trzymane w lodowce wreszcie ogladaja swiatlo dzienne po nielasce, ktora nastala z wprowadzeniem cyfrowek. Moze nie sa jeszcze kompletnie przestarzale??? Ciiii, Anita nic o tym nie wie, ochoczo pstryka zdjecia wszystkim i wszystkiemu.
Jestem kobieta pracujaca, zadnej pracy sie nie boje, zupelnie jak nasza stara znajoma Kwiatkowska. :P Dajcie mi do reki szpachelke, a naprawie wlasnorecznie sciane z freskami spod reki Marthy, albo zbuduje chodnik w ogrodku. Rzecz w tym, ze troche czasu brakuje. Dla mnie, dla domu, a najbardziej dla dzieci. Wiec gdy przychodzi pora urlopu, wpadam w szal planowania. Ogarnia mnie dziki szal radosci i… starch, ze nic nie wypali z planowanych rozmaitosci. Dziki szal radosci, ze wreszcie spedze czas z dziecmi, nasyce sie nimi, poznam ich tajemnice, odkryje rzeczy, ktore przechodza mi kolo nosa w codziennosci wyscigu szczurow. “Urlop z dziecmi” to w pewnym sensie oksymoron. A jednak dla mnie to fura radosci i satysfakcji. Oby tylko zamowiona pogoda dopisala, bedzie dobrze.

Wyjazd w sobote nad ranem opoznia sie ociupinke z powodu malej balangi u sasiadow poprzedniego wieczoru, ktora przedluza sie do wczesnych godzin porannych. :oops: Ale dobra nasza: auto spakowane, dzieci zaladowane, my troche niewyspani i Ferrus w siodmym niebie, ze jedzie na dlugi spacerek. Ruszamy do plynacej klonowym syropem Kanady!

Droga jest super. Dzieci i pies kooperuja. Dopiero od granicy kanadyjskiej, na widok czerwonego liscia klonowego i znaku z ograniczeniem predkosci z zaznaczeniem, ze to juz nie mile, a kilometry, wszystkim adrenalina uderza do glow. Pisk, kwik i rzenie dzieci z tylu rozszadzaja nam bebenki. :olaboga: Po niecalej godzinie jazdy w takich warunkach zadamy spokoju, ale bez rezultatu. W koncu podaje rozwrzeszczanym pannom poduszki nakazujac by ryki odbywaly sie do poduszkowych tlumikow. Na widok jeziora Ontario rozluzniamy sie. Jeszcze kilkanascie minut pedu za rozszalalym przed nami Ferrari i bedziemy u celu!

Nie ma watpliwosci, ze zycie urlopowe dziala kojaco na zszarpane codziennoscia nerwy. Rzucamy sie na wszystko jak wyglodniale kojoty. Skoki do basenu, grill na pelen dym, ploteczki przy czerwonym winku z Tammy, narzeczona mego urodziwego szwagra, po ktorym Martha ma ten uroczy diabelski blysk w oczach, to jest to! :-D

W tym roku jest sporotwo. Dziewczyny trenuja:

Plywanie stylem dowolnym i nurkowanie.

Wedkarstwo. I oczywiscie zwykle byczenie sie gdy zwolni sie lezak mamy.

Wylewanie wody z basenu dziadka w nadzieji ugotowania na betonie zupki szyszkowej. ;-)

Lowienie zabawek specjalnie w tym celu topionych.

Wpadanie znienacka do wody w ubraniu lub w futrze.

Lazenie po skalach.

W przerwach praca tworcza.


Klucz programu to nasze planowane i nieplanowane wycieczki.

Farma kanadyjska
Jest super goraco. I pieknie. Dziewczynki objadaja sie malinami i borowkami amerykanskimi, niestety porzeczek jest jak na lekarstwo... Za to piekne kwiaty ciesza nas swoim wdziekiem. W farmowym sklepiku zakupuje butle deserowego wina i klonowe wafelki. Syrop klonowy kusi slodkoscia, ale odpyha cena. :twisted: W strefie bezclowej jest o wiele tanszy! Wracamy z koszem jagod i malin. Bedzie jak znalazl do urodzinowego serowe tortu taty... :)

Torontonskie ZOO
Gwiazdami dlugo wyczekiwanymi przez dziewczyny sa nikt inny jak Duzy Czerwony Pies Clifford i zolw Franklin. Ustawione w kolejke do sesji zdjeciowej dziewczyny przezywaja spotkanie. Co powiedza gdy Clifford ich pozdrowi i zapyta skad sa? Ile maja lat? Licytacjom nie ma konca, do czasu dojscia naszej kolejki. Z napieciem obserwuje jak rozne sa ich reakcje. Anita robi krok w tyl. Niesmiala, troche spieta, potrzebuje malego rozrusznika, ktory pociagnie ja do przodu. Jak zwykle moze liczyc na Marthe, ktora najchetniej wepchalaby sie bez kolejki. Pociaga zaryta wszystkim czterem w ziemie starsza siostre do pluszowych postaci z bajek i po chwili lody sa przelamane moca usciskow i pozdrowien. A gdy Clifford i Franklin porywaja pannom z glow rozowe kapelusze i wsadzaja je sobie na przerosniete glowy, smiechom i radosci nie ma konca.

Ruszamy na lody, a potem obchod ogromniastego ZOO. Atrakcji jest mnostwo. Anita wyrywa do wielbladow. Za nia pedzi Meagan, siostrzenica Tammy i Martha. Jazda na wielbladzich garbach to nielada kasek. Dziewczyny dosiadaja dromadera i podskakuja na nim szarpiac sie na boki narzekajac, ze za malo husta. Przygladam sie im, zgrzanym, szczesliwym, kwiczacym od uderzen adrenaliny jak male prosieta w swiezym blotku. I zerkam z zainteresowaniem na ich nietypowego rumaka, ktory ciezko musi zapracowac na swoj chleb: zadowolona geba, bezkonkurencyjnie dyndajaca dolna warga, chude nogi zakonczone niesamowicie gabczastymi stopami, ktore gdy dotykaja ziemi, wygladaly jakby wtapialy sie we wlasna podeszwe za pomoca ukrytych amortyzatorow. Pewnie dzieki tym amortyzatorom nie buja jak na koniu...

ZOO jest wielgachne. Spedzamy tam caly upalny dzien. Jest co ogladac, jest co podziwiac. Caly obiekt podzielony jest na kontynenty.

Dochodzimy do Afryki w koncowym etapie naszej wycieczki gdy Martha pada jak zdechla kawka w wozku. Patrze z rzewnoscia na te jej wymazana w pomidorowym sosie buzie. Spi jak niemowle. A jednak to juz nie niemowle. Nie dreptus nawet, taka zrobila sie niezalezna i samodzielna.

Czuje radosc i zal. Co za idiotyczna mieszanka uczuc! Z jednej strony chcialbym by na zawsze pozostala moim maluszkiem, tym z ktorym mialam tak malo czasu byc by pragnac zeby szybciej dorosla i usamodzielnila sie. A z drugiej nie ukrywam jak cieszy mnie jej dorastanie, samodzielne jedzenie, ubieranie sie, zasypianie, zabawa ze strasza siostra. I badz tu czlowieku madry. Chyba wszystkie Kwiatkowskie tak maja. Ciagle cos sie zmienia i trzeba sie od nowa przystosowac. Ale jak tu przystosowac sie do uciekajacych chwil? Chyba tylko rzucac sie na nie jak wylglodnialy wilk i wbijac w nie zeby do syta. Anita szaleje po safari ze swym troche niepowaznym, ale jakze uroczym wujkiem. Lubie patrzec na ich wariactwa. Obydwoje sa jak dzieci. Purpurowi z goraca skacza po obiektach, wlaza do jeepow obslugi, odwiedzaja nosorozce, zyrafy i zebry.

Milo jest popatrzec na z pozoru niesmiala, ale juz dobrze rozbrykana szalona panne. Zupelnie odmieniona... nie ta, ktora wstaje rano bez slowa i potrzebuje pol godziny na rozped i pzywrocenie usmiechu na zaspane oblicze.

Przy sloniach zatykamy nosy. Zapachy maja sloniowe rozmiary. Nic dziwnego, ze Martha budzi sie przerazona. Wycieczka dobiega konca, padamy na nosy z goraca, ale dzieci wcale nie maja dosc... Tylko mysl o chlodny basenie i obiadku babcinej roboty pozwala na unikniecie strajku. 

Babcia i dziadek
Dziadkowie, ktorzy po kilku tygodniach spedzonych w Polsce na urlopie wrocili do domu staja sie glownym hitem wakacji. Ech jak dobrze miec babcie i dziadka, ktorzy wymysla ciekawe zajecia, zabiora na plac zabaw, przydzwigaja z targu ogorki i zakisza je by potem rozdac dziesiatki sloikow! Az sie niektozy za male glow lapia! :-D

Babcine rece przygotowuja same smakolyki, mocno tula do piersi wnuczki i dopieszczaja pupila na czterech lapach.

35 urodziny taty i 1-sze urodzinki Ferrusa
Czas na urlopie mija szybko, lecz spokojnie. Totalne lenistwo pozwala nam przyjrzec sie sobie z bliska. Bez pedu. Bez nerwowki.

Czy 35 lat na karku oznacza, ze jestesmy juz po drogiej stronie gorki? Czy teraz juz bedziemy sie toczyc ku emeryturze? Pytam mojego slubnego, ojca moich dzieci czy czuje sie staro. Melduje mi radosnie, ze zycie sie wlasnie zaczyna, bo dzieci sie usamodzielniaja. Czuje sie mlodo w wskakuje raczo do basenu. No tak, niektorzy wbrew pozorom nigdy nie dorastaja...

Wieczorem dzieci nie chca isc spac. Solenizant znikna w tajemniczych okolicznosciach ze swoim szalonym bratem i nie zjawia sie do pozna, a my jak sepy czekamy z tortami i zyczeniami. Gdy wreszcie otwieraja sie drzwi, dziewczynki klapia po podlodze bosymi stopkami i rzucaja sie z kartkami i zyczeniami tacie w objecia. Oczy pelne lez na dzwiek „Tatusiu, czy ty wiesz, ze my cie kochamy?”

Trzy dni pozniej nastepny solenizant obchodzi rocznice. Ferrus, ktory dzielnie przekopuje dziadkom ogrod w celach rekreacyjnych, konczy rok! Nowa urodzinowa zabawka zostaje z namaszczeniem obdarta ze sznurka i utopiona w basenie. Radosci nie ma konca!

Irokezka wioska
Wyprawiamy sie do starej opuszczonej dzis i zamienionej w skansen wioski indianskiej. Dzieci nie moga uwierzyc, ze kiedys mozna bylo zyc bez wanny i spac na ziemi. Spogladaja z zaciekawieniem na pozostalosci prymitywnego zycia plemienia irokezow.


Wyprawa do Center Island w Toronto
Sliczna mala wysepka na jeziorze Ontario to nasz nastepny przystanek. Plyniemy na nia promem podziewiajac zamglona panorame Toronto. Panny ujezdzaja tam kucyki, jezdza na karuzelach, ogladaja male domowe zoo, szaleja po wesolym miasteczku.


Wodospad
Zbliza sie koniec urlopu. Dziadkowie chca z wnuczkami spedzic ostatnie chwile. Wsiadamy wiec znow za kierownice i ruszamy do Milton by ogladac tamtejszy wodospad i powloczyc sie po lesie. Natura jest niesamowita. Dziewczyny dzielnie maszeruja z nami po szesciokilometrowym szlaku. A u kresu podrozy turlaja sie po lace z dziecieca beztroska.

Choc wszedzie dobrze, jednak w domu najlepiej. Wracamy do rzeczywistosci kobiety pracujacej i jej dzieci. No wlasnie, kobieta pracujaca lata ostatnio ze szpachelka i pedzlem wieczorowa pora. Ale o tym co dzieje sie w od czasu urlopu w domu w nastepnym odcinku! :lol:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz