| Tegoroczna jesien okazuje sie malo jesienna. Nie dosc, ze pogoda nas wciaz zaskakuje swoimi wybrykami i falami letniego ciepla na zmiane z przymrozkami, my zaskakujemy siebie samych naszym nietypowym lenistwem. Zupelnie jakbysmy sie ukladali w sen zimowy... Nie nosi nas wyjatkowo, az zastanawiamy sie co jest grane i postanawiamy nadrobic zaleglosci w jeden sloneczny weekend. Zapakowani w samochod ruszamy na caly dzien do Filadelfii, gdzie miesci sie zoo, w ktorym jeszcze nas nie bylo. ;-P Pogoda letnia, zupelnie nietypowa dla pazdziernika. W zoo odwiedzamy wszystkie zwyczajne zoologiczne obiekty, ale oprocz nich stajemy sie poszukiwaczami zlota... ... zamieniamy sie w proste wiejskie dziewoje dojace krowe, ... a takze zabieramy sie za higiene nieintymna koz... Zoo jest swietne, ma nawet kasztanowce, ktorych nam brakuje w naszych okolicach do zbierania kasztanow. A po zoo zostaje nam jeszcze czas na odwiedzenie naszej ulubionej farmy w Princeton. Wlasnie rozbrzmiewa muzyka, ruch jak w ulu, bo na farmie jest jesienny festiwal. Dziewczyny z zapalem rzucaja sie na dyniowe lowy. Po wiekach calych przebierania, wybierania, odkladania i skokow przez dynie, wreszcie te wybrane laduja w objeciach Anity i Marthy. Musimy gnac z nimi do kasy bo dowiadujemy sie, ze sad z jablkami polozony po drugiej stronie posiadlosci zaraz zamkna nam przed nosem. Dynie sluszna wage maja, Marthasek jeczy, ze nozki bola, ale prujemy przed siebie na leb na szyje. I wpadamy po nasze ukochane jablka Babuni Smith w ostatniej chwili. Z wyprawy przywozimy nie tylko kasztany, dynie, jablka i pluszowe uszy, ale tez... tajemnicze jajo... Anita, zgodnie z instrukcjami, umieszcza jajo w cieplej wodzie. Po godzinie wylazi kawalek zielonej mordy. A po 2 dniach z malego jaja wynurza sie... Aligator! (do dzis mieszka w sloiku z woda w Anity pokoju) Podczas gdy znow zyjemy w lenistwie wspominajac tylko wyprawy zeszloroczne, dziewczyny wypelniaja sobie czas niezaleznie od naszej niecheci do aktywnosci. Anita czaruje swiat swoim prawie dziewiecioletnim wdziekiem. Martha albo psoci jak najeta (ech, gdyby za psoty placili, bylaby bogata)... Albo wyrzuca matke sprzed kompa i sama bebni w klawiature odwiedzajac swoja ulubiona Polly Pocket i postacie z Ulicy Sezamkowej. Czasem trafi sie imprezka u dzieci, gdzie moje dziewczyny sa jedyna para zadajaca salatki jarzynowe z takim samym zapalem jak inne dzieci rabia hotdogi. Leniwa passe przerywa wizyta ukochanego wuja Rafa i cioci Tammy z Kanady. Porywamy ich do polskiej knajpy na polskie zarlo, ktore przypada do gustu wszystim, ale najbardziej Anicie. Martha i Raf to milosc od pierwszego wejrzenia. Nie ma jak to wujek, z ktorym mozna nie tylko realizowac najbardziej zwariowane pomysly, na ktore nawet mama sie gniewac nie potrafi, ale tez ktorego mozna sterroryzowac do roznych swoich babskich celow. Sterroryzowany jest bardzo zadowolony z siebie. ;-P Po wyjezdzie wujka i Tammy znow robi sie leniwie i pusto. Pozostaja tylko efekty rozbeswienia dzieci jak i psa, ktorego serce Raf tez potrafi podbic. Wypadamy z Felicjuszem na dlugie spacery po znow zimnym lesie, dzieki ktorym posiadamy nowa wiedze: w lesie sa grzyby! A jesli sa grzyby, trzeba je zberac. Krolowa grzybobrania naszej zwartej grupy 10 osob zostaje Anita. Niesamowita, zachwycajaca mala grzybiara nie posiada sie z dumy i radosci ze swych grzybowych osiagniec, choc grzybow do ust od lat nie bierze. ;-) Dochodzimy zafascynowani do wniosku, ze grzybiarstwo zakodowane jest w geneach. :-D Najwazniejszym wydarzeniem jesiennym dla dzieci w USA jest chyba Halloween. Przygotowania maja miejsce dlugo przed tym slodkim wieczorem. Anita i Martha wymyslaja sobie w tym roku stroje zupelnie nieslodkie, co zaczynam bardzo doceniac, bo sukienki ksiezniczek z poprzednich lat petaja sie po calym domu. Zadbac trzeba do tych przebran o dzika fryzure... Wszystko musi byc razy dwa, bo inaczej jest u nas troche histerycznie glosno. Gdy przychodzi ranek, dziewczyny zamieniaja sie w potworna panne mloda z kapeluszem, ktory laduje potem na glowie pol tuzina przymierzajacych go zachwyconych ludzi... i pirata z usmiechem Paris Hilton. Po cieplym Halloween przychodza chlodne dni. Ruszamy do stadniny, ktora dopiero otworzyli nieopodal nas. Konie to pasja dziewczyn. Ale niestety wszystkie wybywaja na wycieczke po lesie i do osiodlania zostaja tylko kuce, ktore jak sie potem dowiaduje, sa moimi rownolatkami. Jest zimno. Jesiennie. Czuc w powietrzu nadchodzaca zime. Instynktownie znow zaszywamy sie w domowych pieleszach i umilamy sobie czas pieczeniem ciast. Jedni pieka, inni wylizuja. To nieprawda, ze po surowym ciescie boli brzuch. ;-P Za to ile jest przy wylizywaniu misek i mieszadel przyjemnosci! Niejesienna jesien znow nas zaskakuje powrotem lata. Listopad prezentuje cieple dni, az przyjemnie wynurzyc sie z domowych pieleszy i pobrykac w sloncu. A gdy dosc mamy akrobacji na drabinkach, odkrywamy z zapartym tchem historie 12 Tanczacych Ksiezniczek. W senne wieczory przekonujemy sie, ze zasypianie na futrzanym kocu na sofie to domena nie tylko mamy i taty, ale i najmlodszego czlonka rodziny. Niebawem czeka nas polowanie na indyki. A potem Mikolajki, urodziny Anity i swieta. Oj, bedzie sie dzialo. I niejesienna jesien zmieni sie pewnie w sroga zime, jak to zapowiadaja Eskimosi kanadyjscy. |
piątek, 17 listopada 2006
Niejesienna jesien
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz