Nie cierpie listopada - mowi do mnie niania dziewczynek - jest taki ponury i beznadziejny...
Chyba nigdy dotad nie myslalam tak o listopadzie. Ot, nastepny miesiac prowadzacy do calkiem milego okresu rodzinnych swiat. Ten listopad jednak jest ponury i beznadziejny. Wciaz wpadam w dolki. Co wymysle cos by sie odkopac, wpadam w nastepne zupelnie jakbym zakopujac jeden wykopywala za soba drugi i wpadala prosto w niego cofajac sie w tyl. Nie mniej jednak zakopywanie dolkow jest dosc przyjemne, bo za kazdym razem daje zludzenie, ze to juz koniec jesiennej depresji i poczatek czegos fascynujacego.
Dolki dobrze zakopuje sie wyprawiajac na grzyby, pod warunkiem, ze grzyby sa w lesie. Zrezygnowani znajdujemy jedynie piaszczysta grzybowa iluzje wloczac sie po suchym wyjatkowo lesie.

Czyzby zamiast zasypania dolka dolek mialby powiekszyc sie z powodu braku grzybowego lupu?! Dopiero wyjezdzajac z lasu tuz przy drodze zauwazam z auta przydrozne kapelusze. Sa jak wymarzone!

Wyprawa konczy sie przygoda, bo ladujemy przednimi kolami w skibie piachu. Wyciagaja nas jacys poczciwcy, ktorzy znacznie lepiej przygotowani sa na lesnie drogi.
Dolki dobrze tez zakopuje sie fascynujaca pierwsza szkolna zabawa Marthy, na ktora dziewczyny KONIECZNIE zabieraja eleganckie torebki od jednej zdolnej fajnej cioci. Anita z przyjemnoscia szykuje sie z przyjaciolka do swej dawnej szkoly. Fajnie zwiedza sie stare katy i wita z dawno niewidzianymi nauczycielami.


Podczas gdy Marthasek przepuszcza w kolejce cale tlumy upierajac sie, ze chce byc ostatnia i nerwowo lizac dolarowy banknot (feee!), Anita odwiedza dziewczece toalety, stolowke, biblioteke i pol budynku uciekajac z psiapsiolka przed jakims chlopcem, a mnie wysiada kregoslup od stania i pilonowania dzieciarni, uszy od wrzaskow przerastajacych muzyke DJ'a i nerwy od upominania Marthaska by nie lizala dolca.

Wreszcie wszystkie panny sa wypsikane kolorowymi lakierami do wlosow i wymalowane na twarzach przez nauczycielki, z dyskotekowymi broszkami na piersiach, a ja jestem lzejsza o dwie dychy. ;-P


Listopad moze byc mniej ponury jesli spojrzec wokol na drzewa, ktore w tym roku wyjatkowo pozno gubia liscie. Spacer w jesiennych lisciach odmraza nam zadki, ale obdarowuje nareczem pieknych darow.


W domu, z lisci powstaja bukiety, ktore moje panny z radoscia skrecaja z nadzieja, ze przetrzymaja do Swieta Dziekczynienia.

Swieto Dziekczynienia przemija cicho i spokojnie. Dziewczyny uwielbiaja te uczte bez zobowiazan prezentowych. My zdecydowanie tez.

Uwielbiaja tez mozliwosc wykorzystania mojej nieuwagi by przewrocic chalupe do gory nogami. Kto to bedzie sprzatal? - pytam. Ja. - wola Marthasek. Po 2 minutach rozlega sie rozpaczliwy placz oznajmiajacy, ze zadanie przeroslo dobre checi balaganiary.

Urodziny kolezanki to randka mamy i corki. Martha wcale nie ma zamiaru bawic sie z dzieciakami. Powtarza wciaz, ze spedza ten czas ze mna, ze to nasze pare godzin, na ktore nigdy nie mamy czasu tylko we dwie. Traf, ze Anita odmawia pojscia z nami stwierdzajac, ze nie bedzie latac po sali miedzy wydzierajacymi sie pieciolatkami. Woli zostac z tata w domu.


Po dluzszym czasie szalenstw z mama, panna dochodzi do wniosku, ze wapniaki odpielegnowane moga same soba sie zajac i gna do dzieci.

Mlodsza siostra pamieta jednak o swej siostrze i przynosi jej paczke lakoci i okulary, ktore laduja na naszej futrzastej gwiazdzie.

Ponury listopad to nie tylko mamine dolki, ale i zazarte klotnie miedzy dziewczynami. Klotnie o byle co. Docieranie sie w strefie komfortu. Testowanie tego, co na kolezankach nie przejdzie. Az wlosy staja na glowie.

Klotnie prowadza do zeslania na banicje: jedna na gore, druga na dol i ani slowa wiecej. Proby draznienia sie poprzez barierki na schodach dubluja nasze poirytowanie. Listopad to nie tylko miesiac ponury, ale i pelen napiec. Dziewczyny potrafia jednak napiecia szybko rozladowac. Po banicji nastaje pokoj i nadchodza rewie mody.


I zgodne zabawy na najnizszym poziomie.

I takie wieczory jak ten przy kominku, gdy powalone cieplem i deprecha jesienna szukamy ukojenia u siebie nawzajem.

Nadchodzi grudzien i nadzieja, ze ten miesiac bedzie troche lepszy. Spada pierwszy snieg. Martha i pies wypadaja o bladym swicie jak szalency, by zeskrobac troche puchu na wlasny uzytek.

Bialy puch topnieje jednak szyko, a z nim nadzieja na inny grudzien. Znow jest ponuro i deszczowo. Nie chce mi sie kompletnie nic. Nie ciesza mnie rzeczy, z ktorych dawniej czerpalam radosc. Wracam do domu z pracy wykonczona. Wszystko idzie jak pogrudzie. Czesto mysle o tym jaki ten rok byl pelen najrozniejszych strat. Spisuje w myslach wszystko, co mogloby zmiescic sie po dodatniej stronie listy, ale za diabla nie moge zbilansowac mego rocznego podsumowania.
Grudniowe zapowiedzi mikolajowe nie robia wrazenia na Marthasku. Zamiast pozbyc sie sklonnosci do wpadania w tarapaty, obcina sobie grzywke, po czym w strachu przed konsekwencjami wymysla wypracowana historyjke, ktora wciska otoczeniu z sukcesem az dociera do niej, ze kompletnie wykancza nerwowo matke, ojca, siostre, potencjalnie ciagnac za soba niezbyt ciekawe konsekwencje. Od dzis nie wierze pieciolatkom. Ani slowu. Ani jednemu. Najmniejszemu. No, moze jeden maly wyjatek. Taki milusi, gdy przychodzi z niewinna mina i cmoka mnie w policzek mowiac: kocham cie.
Cala rodzine oprocz mnie dopada seria chrob. By nie zwariowac z jeczacym przychowkiem, zabieramy sie do piernikow. Pierniki to swietna metoda na zakopywanie dolkow. Wywalkowuje wszystkie wydawaloby sie stresy wgniatajac je w blat kuchenny. Dziewczyny dzielnie pomagaja.



Po piernikach pieke jeszcze maslane ciastka. Mam jeszcze chec walkowac, ale noc mnie zastaje z maka na kapciach. Zaden wyrob nie przetrwa do swiat. Ale wspomnienia z pewnoscia przetrwaja. Przetrwaja tez wspomnienia tego jak w chorobie wystarczy znalezc sobie komfortowe miejsce w domu i mozna calkiem przyjemnie spedzac czas.

Nowy rok bedzie lepszy - bez dolow i bez potrzeb zasypywania ich jak w zakletym kregu.
Taki mam plan.
A plany daja sie uparcie realizowac jesli jest sie starzejacym sie Koziorozcem. :P |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz