Taka niedziela, ktora niesie ze soba polska jakze tradycje odwiedzania grobow, niedziela wsrod krzyzy i zapachu chryzantem...
Patrze na przestrzen cmentarna i nie czuje smutku. Czuje radosc, ze jest takie miejsce na tej obcej ziemi, na ktorym ja kiedys bede mogla spoczac. Miejsce emigrantow. Miejsce, ktore odwiedza sie z mysla o tych, co odeszli, jak w starym kraju. Ucze dzieci tradycji modlitwy i zapalania swiatla na grobie ich prababci. Wspominamy moja kochana babcie z usmiechem i lzami jednoczesnie. Anita nie moze zalapac slowa "wiekuista" i robi sie nam smiesznie-radosnie, ze dzielimy takie zabawne jezykowe doswiadczenia.
Gdy dojezdzaja na cmentarz siostra babci z moi tata i jego siostra cioteczna z mezem oraz moj brat z rodzina, robi sie cieplo, wesolo i rodzinnie. Idziemy na msze do klasztoru, polska msze, z ktorej moje dzieci niewiele potrafia wyniesc, a ja polowy nie slysze, bo siadlo naglosnienie.
Potem, nietypowo spontanicznie ruszamy z rodzina powiekszona o rodzine mego brata na lancz do stolowki tej amerykanskiej Czestochowy, ktora rocznie odwiedzja tysiace Polakow na emigracji. Golabki, pulpety, bigos, pierogi i masa tluczonych kartofli dominuja posrod paczkow i polskiego chleba.
Najpierw trafiamy na festyn dyniowy.
Dziewczyny maja niezla jazde na kucach.
Potem dopadaja do beli z sianem i koniecznie wdziecza sie do portretow z totalnie szucznymi usmiechami: "Ciocia, take a picture!" Anita odmawia kooperacji wyraznie zgorszona roznica wieku siostr.
Idziemy ogladac wystawe wyrznietych dyn. Robi sie halloweenowo-amerykansko. Pachnie prazona kukurydza i grillowanym miesem. Ale jestesmy przezarci polskim jadlem ze stolowki wiec nic nas nie kusi.
Blakamy sie jeszcze troche po festynie, ale cala reszta to taki sam odpustowy kicz jak pod kosciolem w Koszarawie w Beskidzie Zywieckim.
Zielony rozplaszcza sie na lisciach i robi grozna mine do fotki. Usiluje z siebie wydobyc tego macho, ktorego w sobie ma jakies 10%, obok 80% rownego goscia i 10% zjawy z Marsa.
Kaze mi sie rozgoscic na swoim miejscu by mi pstryknac fotke. Nie chce mi sie, bo tam obok po mojej lewej stronie jest nasza ukochana winiarnia, a w niej ukochane wino.
W winiarni jest sklep z antykami. Do starego wozka tworzy sie kolejka, kazda koniecznie chce miec fotke z wozkiem.
Zielony rozrabia miedzy butelkami z winem, wyglada upojony sama mysla o ich zawartosci.
Ruszamy wiec do domu zaliczajac kolejno farme z dyniami, korek rodem z Nowego Jorku, oraz bitwy dzieci pol po polsku, pol po angielsku na tylnym siedzeniu. Przy piwie i kawie, wsrod balaganu z calego tygodnia spedzamy przemily rodzinny wieczor, zapominajac o troskach i dysputach, dzielac sie pomyslami i doswiadczeniami z tego naszego drugiego rodzinnego kraju mieszajac oba jezyki i zasmiewajac sie z wlasnego spaczenia emigranckiego. Jest tak, jak sobie ulozylismy. Jest dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz